Bakun Roman
Бакун Роман
Bakun Roman
1926-01-31
Ruda Żurawiecka, pow. Rawa Ruska (obecnie Tomaszów Lubelski)
Wspomnienia

Roman Bakun

Urodzony 31 stycznia 1926 roku w Rudzie Żurawieckiej,
gmina Lubycza Królewska, do 1944 r. powiat Rawa Ruska,
a potem Tomaszów Lubelski. Pan Roman umarł w 2015 roku w Węgorzewie.



Wszyscy byliśmy „banderowcami”

Kiedyś u nas wydobywano rudę żelaza. Wybrali, widać, niedokładnie, gdyż przed samą wojną w 1939 r. za rzeką Sołokiją ciągnęły się dosyć długie wały czarnego piasku, przesiewano go przez gęste sita, potem ładowano na wozy i w Lubyczy Królewskiej przeładowywano do wagonów.

W naszej wsi połowę mieszkańców stanowili Polacy, a drugą – Ukraińcy. Dużo było mieszanych małżeństw. Mieliśmy 4-klasową szkołę (jeden nauczyciel). Uczono nas na zmianę: z rana i po południu. Językiem nauczania był polski. Ale w sąsiednich Żurawcach było tylko kilka rodzin polskich i tam nauczano po ukraińsku. Mieszkała tam cała rodzina nauczycieli-Ukraińców: mąż, żona, syn i dwie córki. Mogli prowadzić lekcje także po polsku. Tam szkoła była 6-klasowa. Dyrektor był bardzo dobrym nauczycielem języka niemieckiego i matematyki. Wspominam go, jak ojca, gdyż był także dobrym człowiekiem. Uczył mnie w dwóch ostatnich klasach.

Moja edukacja obowiązkowa zakończyła się w 1939 r. i rozpoczęła się sowiecka. Stało się tak, ponieważ po wkroczeniu Niemców granicę ustanowiono na starej austriacko-rosyjskiej, tym samym Żurawce i Ruda Żurawiecka znalazły się po stronie rosyjskiej. Zaczęliśmy poznawać nowe porządki.

Za Żurawcami od razu zaczęto umacniać nową granicę; ci, którzy mieszkali zbyt blisko zostali wysiedleni do Besarabii. W ten sposób budowano 800-metrowy pas ochronny. Z zastępów miejscowych sympatyków sowieci utworzyli struktury nowej władzy i zaczęły się prześladowania. To był sygnał, że idą gorsze czasy. Niektórzy szybko to zrozumieli i zdołali uciec na drugą stronę granicy. Udało się to m.in. memu stryjkowi, Bakunowi Wawrzynowi z Netreby. Zarzucono mu potem posiadanie broni, ale on po prostu nie lubił komunistów. Gdy zwożono snopy z pasa granicznego stryjek podjechał końmi na tyle blisko do ogrodzenia, że prosto z wozu zdołał przeskoczyć na stronę niemiecką i tyle go widzieli.

Moja matka Anna była najstarszą córką Piczaka Grzegorza. Za mego ojca Piotra wyszła za mąż, gdy był już znanym kowalem z własną kuźnią. Był dobrym rzemieślnikiem, więc roboty nigdy nie brakowało. Pamiętam, że zawsze miał dwóch, a nawet trzech czeladników. Gdy podrosłem też nauczyłem się kowalskiej sztuki.

Piczak Grzegorz, mój dziadek, był zamożnym gospodarzem. Gdy przyszli „ruscy”, to od razu „ochrzcili” go mianem „kurkula” (kułaka), nazywali go też wyzyskiwaczem, co nie było prawdą, gdyż do wszystkiego doszedł dzięki pracowitości.

Mieszkaliśmy w dużym domu. W jednym skrzydle dziadkowie, a w drugim my. Pośrodku były duże sienie, który nazywaliśmy „przedpokojem”. Każda rodzina miała oddzielne wejście od drogi i od podwórka. W 1935 r. budynek podpiwniczono, wymieniono wszystkie okna, drzwi i podłogi, a na szerokość sieni - zarówno od strony podwórka jak i ulicy - zbudowano ganek. Uzyskaliśmy dzięki temu dużą przestrzeń. Miejsce to przez wiele lat służyło nam i mieszkańcom wsi jako sala widowiskowa. Młodzi i starsi uczyli się tu ról teatralnych, przygotowywali się do przedstawień, na których zarabiano pieniądze. Marzeniem wszystkich była budowa ukraińskiego domu widowiskowego, czytelni, albowiem Polacy mieli swoją salę, którą za rządowe pieniądze wybudowano przy szkole.

Pamiętam, że przed każdym przedstawieniem najpierw trzeba było pokazać scenariusz władzom, które zobowiązane były wydać formalną zgodę. Nie zawsze się to, niestety, udawało. Prawo przewidywało także, że na widowni dwa miejsca w pierwszym rzędzie należało rezerwować dla państwowych kontrolerów. Najczęściej byli to policjanci.

Po przedstawieniu odbywały się zabawy taneczne, na które sprzedawane były bilety. W ten sposób zarabialiśmy pieniądze na budowę czytelni „Proswity”. Ludzie popierali podobne pomysły, stąd z frekwencją nigdy nie było problemów. Budowę czytelni przerwał wybuch wojny. Uważaliśmy, że żyjemy w ciężkich czasach, ale prawdziwe zło mieliśmy dopiero poznać.

W 1939 r. wszystko się zmieniło. Przyjechało dużo „ruskich”, także nauczyciele, zmienił się system nauczania. Rodzice pragnęli, abym uczył się dalej. „Ruscy” cofnęli wszystkich o jedną klasę niżej i w ten sposób do 1941 ukończyłem 3 i 4 klasę.

Rudę Żurawiecką od niepamiętnych czasów zamieszkiwali Ukraińcy i Polacy. W moim odczuciu współżycie układało się normalnie, żyliśmy naprawdę w zgodzie, do tego stopnia, że wzajemnie zapraszaliśmy się na te same religijne święta, które często przypadały w innym dniu kalendarzowym. Było kilka rodzin żydowskich – tu też nie było problemów. Był u nas Żyd Federbusz. Był bardzo bogaty: w Rudzie Żurawieckiej, Żurawcach i za Lubyczą posiadał trzy majątki i trzy gorzelnie, a także duży młyn wodny na Sołokiji.

Kilka lat przed wybuchem wojny folwark w Rudzie Żurawieckiej rozparcelowano, ale ziemię kupić mógł w zasadzie tylko Polak. Było kilku chętnych z zewnątrz, wśród miejscowych takich też nie brakowało, tym bardziej, że nasze pola były porozbijane na maleńkie kawałeczki, które ludzie wszelkimi sposobami pragnęli połączyć w jedną całość lub zamienić te poletka na jedno większe. Ale prawo było takie, że swoje poletko Ukrainiec mógł sprzedać tylko Polakowi, chyba, że miało nie więcej, niż 2 metry długości i 1 metr szerokości. Nie wszystkim Polakom udało się kupić ziemię w tej kolonii, dzięki czemu akurat ci uniknęli później tragedii.

Należy przyznać, że ówczesne państwo polskie dyskryminowało Ukraińców na każdym kroku. Ci zdolniejsi i bogatsi, którym udało się jakimś cudem zdobyć oświatę, pracę mogli znaleźć jedynie poza miejscem zamieszkania, czyli w głębi ówczesnej Polski. W wielu przypadkach byli to nauczyciele, którzy chcieli walczyć z analfabetyzmem wśród Ukraińców. Analfabetą był też mój dziadek Piczak Grzegorz, mimo to był radnym gminy i z pomocą córki Katarzyny prowadził nawet księgi meldunkowe. Do dziadka często przychodzili policjanci, przeglądali te księgi, czasem przyprowadzali ludzi skutych kajdankami i o czymś rozmawiali z dziadkiem (przysłuchiwałem się temu w wieku dziecięcym). Najbliższy posterunek był w oddalonej o 3 kilometry Lubyczy Królewskiej. Policjanci najczęściej przyjeżdżali na rowerach, czasem z psem. Pewnego razu przyjechali w niedzielę.

Tego dnia tradycyjnie nasze kobiety przygotowały pierogi. Tak było i w naszym domu. Przygotowanie pierogów wymaga sporo pracy, więc zajęte były wszystkie, ale gdy przyszli policjanci należało zwolnić stół. Policjanci rozmawiali o swoich sprawach, potem zaczęli się chwalić psem, opowiadać, jaki on mądry, jakie to sztuczki potrafi, że wykonuje podskoki i umie tańczyć. Niestety nasza kotka, która schowała się na piecu w jakimś momencie nie wytrzymała nerwowo i rzuciła się na swego historycznego przeciwnika, wbiła się mu pazurami w głowę, a pies spanikował, starał się uciec skacząc po stołach i łóżkach, pierogi walały się po całej izbie, wreszcie ktoś wpadł na pomysł, aby otworzyć drzwi i nasza kotka triumfalnie wyjechała na policyjnym psie z domu na podwórze. Po tym wydarzeniu policjanci już nie przychodzili do nas z psem.

Zima na przełomie 1939 i 1940 r. była dosyć mroźna i śnieżna. Któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że zabrano wszystkich kolonistów – tych miejscowych i tych, którzy przyjechali „z Polski”, aby kupić ziemię. Okazało się, że sowieci zabrali także dziadka brata. Wszyscy trafili na Sybir. Dziadka brat przed I wojną światową pojechał do Ameryki, wrócił z pieniędzmi, ale stracił zdrowie. Kupił ziemię – 50 morgów (ok. 25 hektarów) niedaleko od Bełżca i wkrótce zmarł. Jego żonę, dwóch synów i córkę sowieci wywieźli jako kułaków. Potem pisali do nas z Irkucka, chcieli, abyśmy im przysłali cokolwiek do jedzenia, chociaż obierków… Później obaj synowie zaciągnęli się do tworzonej przez sowietów polskiej armii; starszy Teodor Piczak przeżył, a młodszy Wasyl zginął; matka i siostra zmarły na Syberii.

21 czerwca 1941 r. znaleźliśmy się pod okupacją niemiecką. Niemcy ruszyli na wschód, ale na naszym odcinku szybko wrócili. Okazało się, że za Lubyczą Królewską sowieci zbudowali silne umocnienia, w tym potężne kilkupiętrowe betonowe bunkry, które na powierzchni przykryte były 20-centymetrową stalową czapą z czterema otworami. Niemcy te umocnienia po prostu obeszli, a po ustaniu działań wojennych zniszczyli je. Jako młodzi chłopcy często potem się tam bawiliśmy wyszukując w rumowiskach różnych rzeczy.

Wkrótce sytuacja się ustabilizowała. Niemcy traktowali nas znośnie. W Żurawcach zorganizowaliśmy szkołę i rodzice wysłali mnie do szóstej klasy. Dyrektorem był ten sam pan Chmiel od matematyki, uczył też niemieckiego. Był tak zaangażowany w proces nauczania, że czasami wracaliśmy ze szkoły dopiero wieczorem, starając się poprzez dodatkowe godziny nadrobić zaległości. Po ukończeniu szóstej klasy dyrektorzy szkół w Żurawcach i Lubyczy postanowili, że przez wakacje w przyspieszonym tempie przerobimy cały materiał z siódmej klasy i pójdziemy dalej. W Rawie Ruskiej była 2-letnia szkoła księgowości i 3-letnia szkoła techniczna. Ja, jako syn kowala, wybrałem tę ostatnią. Szkoła była niemiecka, ale z polskim językiem nauczania. Tak więc, wykładowcami byli Polacy, instruktorami Ukraińcy, a zarządzał całością Niemiec Heksel (rozmawiał śląską gwarą). Mówiliśmy wtedy, że Heksel jest wredny, gdyż nie jednemu z nas oberwało się za spóźnienia, palenie tytoniu czy inne przewinienia.

Nasza szkoła była typu przyzakładowego, była związana z koleją, a warsztaty nam organizowano między mniej uczęszczanymi torami. Uczono różnych zawodów. Zapisało się do niej ok.250 chłopców z powiatów Rawa Ruska, Lubaczów, Jarosław i Hrubieszów.

W 1944 zaczęły się szerzyć pogłoski, że szkołę mają przenieść do Niemiec, bo widzieliśmy symptomy tego, iż Niemcy będą się wycofywać: stolarze dostali dużo zamówień na kufry, ja robiłem do nich okucia. W kwietniu zmówiliśmy się, że uciekamy. Opuściliśmy szkołę dwa miesiące przed otrzymaniem dyplomów. Nikt nas nie szukał. Potem nadciągnął front. Dużych bitew u na nie było. Przed samą ewakuacją Niemców przyleciał jeden ruski samolot, zrzucił kilka bomb na stację w Bełżcu, gdzie akurat stał pociąg z cysternami, a drugi z amunicją: przez kilka godzin szalał tam piekielny pożar. Słupy ognia i detonacje obserwowałem z mojej, oddalonej o 6 kilometrów miejscowości. W Rawie Ruskiej samolot też zrzucił kilka bomb, ale pilot miał pecha – maszynę zestrzelono. Okazało się, że pilotowała go kobieta. Zginęła na miejscu.

Po przejściu frontu zaczęliśmy się interesować szkołą. Okazało się, że nauczyciele i instruktorzy są na miejscu, nie było tylko nadzorującego Niemca. Nam zależało na tym, żeby otrzymać dyplom. Zapewniono nas, że to będzie możliwe. Wrócili prawie wszyscy uczniowie. Początkowo normalnych zajęć nie było. Część pracowała przy odgruzowywaniu, inni poszerzali dla sowietów tory, zdolniejsi pracowali w warsztatach, albowiem z miasta przywożono wiele rzeczy do naprawy. Przyjechało dużo ruskich razem z rodzinami, zajmowali mieszkania po Niemcach, także w byłym getcie po Żydach. U nas zamawiano najczęściej klucze do drzwi, kasy pancerne, narzędzia. Nie wiem, czy płacono za nasze usługi.

Po kilkunastu dniach nadciągnęło więcej wojska. Żołnierze obstawili teren warsztatów, zwołali wszystkich pracowników, ustawili nas w czwórki i zaprowadzili do budynku na stacji. Tam oznajmiono nam, że staniemy przed wojskową komisją poborową. Ktoś przemawiał, tłumaczył, że trwa wojna, trzeba iść bić faszystów i pomóc „rodinie”. Mieliśmy akurat po 18 lat. Wzięli najzdolniejszych, nazywali nas „ochotnikami”. Po zbiórce na stacji trzymali nas w izolacji, nie można było nawet pójść po swoje rzeczy. Byliśmy pilnowani, jak więźniowie. Tam też przenocowaliśmy.

Jakimś cudem moja mama się dowiedziała o wszystkim i zawiadomiła moją dziewczynę, która mieszkała w Żurawcach (chodziliśmy razem do szkoły, tyle, że ona do handlowej, którą udało się jej skończyć, a mi nie). Kiedy obydwie jechały do mnie, to miały problemy, albowiem w Hrebennem już ustanawiano nową granicę. Matce udało się przekonać wartownika, że wiezie dla mnie wikt na front i dzięki temu zobaczyłem się z nią i dziewczyną. Po chwilowym spotkaniu nastąpiło rozstanie - ruszyliśmy do Lubaczowa. Szliśmy częściowo drogami, a częściowo polami na przełaj. Nocowaliśmy gdzie popadło, ale zawsze pod gołym niebem. Była pierwsza połowa sierpnia, więc nie było tragicznie. Gdy nocowaliśmy w polu, to szukaliśmy siana lub słomy, a w lesie łamaliśmy gałęzie i wyścielaliśmy „łoże”. Kuchnię polową spotykaliśmy rzadko. Gdy ktoś szedł „za potrzebą”, to zawsze w asyście wartownika. Trwało to dwa tygodnie.

W końcu dotarliśmy do koszar koło miejscowości Dęby w kieleckim. Czekały na nas zbudowane przez Niemców baraki. Podobno wcześniej, przed wymarszem na wschodni front, stacjonowała tam armia Paulusa. Było to całe miasteczko w lesie. Baraki stały między sosnami; był szpital, kuchnia, łazienki i świetlice, co 300 metrów wyasfaltowane drogi. Niedaleko był poligon. Tam przez 8 dni uczono nas sztuki strzelania, maszerowania ze śpiewem, za nieposłuch dawali dodatkową musztrę. Dziewiątego dnia z rana rozdano mundury, potem była przysięga. Następnego dnia dostaliśmy karabiny i wyruszyliśmy do Sandomierza. Okazało się, że przed Opatowem był front. Rzucili nas na drugą linię, abyśmy się oswoili. Przyprowadzili nas w nocy i kazali się okopać. Front stał w miejscu przed Wisłą. Gdy się rozwidniło zaczęli przychodzić ci, którzy znaleźli się tu wcześniej. Zaczęły się wzajemne wypytywania. Pierwsza linia frontu była kilometr przed nami, za pagórkiem. Zaczął się ostrzał artyleryjski, my, nowi, kładliśmy się na dno okopu, a starzy śmiali się z nas – oni wiedzieli, że pocisk przeleci nad nami, słychać było tylko wycie w powietrzu.

W południe zarządzono zbiórkę w dwuszeregu. Mnie przydzielono do obsługi ciężkiego karabinu maszynowego „Maksim”. Pamiętam, że był dosyć skomplikowany przy składaniu. Przy drugiej segregacji w okopach wysłano mnie do zbierania plonów. Było tam dużo pól ze zbożem. Kosiliśmy je jak siano, a po przesuszeniu składaliśmy widłami w kopki. Wszystko to działo się w pobliżu Warszawy. Słychać było nieustanne klekotanie, kanonadę, dużo wybuchów. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje w tej Warszawie. Pociski przelatywały najczęściej nad naszymi głowami, ale czasami – ze względu na bliskość frontu – rozrywały się i u nas. Niestety, pewnego razu trafiliśmy na taki przypadkowy ostrzał akurat przy zbieraniu zboża. Kilku kolegów zostało rannych, mnie odłamki trafiły w nogę i rękę, na szczęście kości nie zostały naruszone, więc obeszło się bez skierowania do szpitala, zamiast tego trzy tygodnie spędziłem w kuchni na obieraniu ziemniaków. Potem wróciłem na pole i zdążyłem wymłócić to zboże, a nawet wykopać ziemniaki. Do jednostki wracaliśmy już po pierwszym śniegu. Zostałem skierowany na pierwszą linię jako żołnierz numer 2 do obsługi CKMu. Dyżury mieliśmy 6-godzinne. Czasami było tak spokojnie, że strzelaliśmy z nudów do snopów, które, od długiego wypatrywania, zaczynały się ruszać. Niemieckie linie były o 100-200 metrów przed nami, a między nami te snopy… Za nami, jakieś 200 metrów niżej w dolinie, była kiedyś wioska, ale jak wróciłem po żniwach, to nie było już żadnego całego domu: wykorzystano je jako budulec do budowy ziemianek dla żołnierzy.

W takich warunkach, często nie dojadając, dotrwaliśmy do 25 grudnia. Wtedy zaatakowała mnie silna gorączka. Przyszedł po mnie sanitariusz i zaprowadził do punktu medycznego, co nie było łatwe, gdyż szliśmy na przełaj po grubej warstwie śniegu. Straciłem przytomność. Okazało się, że dopadł mnie tyfus brzuszny. Położyli mnie w ziemiance z 40 innymi chorymi. Wtedy uświadomiłem sobie, że od żniw ani razu nie byłem w łaźni, ani razu nie dawali bielizny na zmianę, co oznacza, że przez prawie dwa miesiące się nie rozbierałem.

Gdy 12 stycznia 1945 roku ruszyła ofensywa z nad Wisły, to dobrze wszystko było słychać, nasza ziemianka sanitarna była więc blisko frontu. Leczyli nasz bardzo gorzkimi proszkami, kaszką i białym chlebem. Po kuracji dali mundur, przeprowadzili do innej ziemianki i kazali uczyć się chodzić. Po kilku dniach znowu trafiłem do miejscowości Dęby, do szpitala, ale w roli członka grupy roboczej. Byłem ciągle głodny, aż w końcu udało mi się wkręcić do służby w kuchni. Pomagałem innym, bo po tym tyfusie wszyscy strasznie chcieli jeść. Po jakimś czasie nasz szpital przeniesiono dalej na zachód – do Milicza. Zakwaterowano nas w budynkach kolejowych, ale po kilku dniach większość personelu i sprzętu wywieziono do Legnicy. Nas 12-tu pozostawiono do pilnowania tego, co zostało, mnie „mianowano” kucharzem. Dwa tygodnie później i my podążyliśmy do Legnicy.

8 marca 1945 roku urządzono nam bal z tańcami, a rano ruszyliśmy na front. Szliśmy pieszo w nadziei, że zanim dojdziemy, wojna się skończy. W końcu musieliśmy wsiąść do samochodów i jeszcze tego samego dnia byliśmy na miejscu. Zostałem oddelegowany do 22 zmotoryzowanej brygady piechoty („gwardiejskiej”). Wcześniej byłem w 16 pułku piechoty. Po kilku dniach ćwiczeń rzucili nas do okopów. 14 kwietnia ruszyła ofensywa. Dali mi ręczny karabin maszynowy „Diechtiariowa”, w krążku znajdowało się 75 naboi. Miałem też pomocnika, którego zadaniem było dodawanie amunicji i napełnianie wykorzystanych krążków. Mój drugi numer zginął już w drugim dniu walk. Był tak samo młody jak ja, pochodził z Wołynia.

Nowego pomocnika dostałem, gdy znaleźliśmy się w lesie. Było gorąco. Niemcy mieli w taśmach na przemian naboje rozrywające i zapalające, trudno było się zorientować, gdzie wróg, a gdzie swoi, tylko po ogniu maszynowym można było się połapać, ponieważ niemieckie karabiny wystrzeliwały 900 naboi na minutę, a nasze – 300. Mój nowy pomocnik został ranny. Zapadła noc, atak przerwano i musieliśmy okopać się w lesie. W dzień się okazało, że Niemcy się wycofali, front został przerwany, a nas posadzono na czołgi i samochody i klinami ruszyliśmy do przodu. Kilkakrotnie byliśmy w okrążeniu, ale inni atakowali, przerywali niemieckie linie i w ten sposób poszerzaliśmy zdobyczne terytorium.

Napotkane miasta zdobywaliśmy pieszo, prowadząc chwilami bardzo krwawe uliczne boje. Kuchnia często nie nadążała za nami. Zdarzało się, że znajdowaliśmy naszą kuchnię bez załogi, która uciekła przed Niemcami pozostawiając bulgocące gary. Tak było 21 kwietnia. O świcie zatrzymaliśmy się w lesie. Nasz dowódca oznajmił, że do Berlina pozostały 22 kilometry. Przekonywał nas, że trzeba przeć do przodu za wszelką cenę i pod żadnym pozorem nie poddawać się, ponieważ Niemcy już nie mają dokąd wysyłać jeńców, dlatego najpierw znęcają się, a potem zabijają.

Gdy rozwidniło się ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Szliśmy pieszo przez las. Wkrótce trafiliśmy na okopanych Niemców. Wywiązała się zaciekła walka. Przeciwnik miał dużo automatycznej broni, a w niej dużo różnych pocisków, w lesie robiło to sporo hałasu; mieli pociski, które nawet gdy trafiały w gałązkę – wybuchały. Dopiero po jakimś czasie nauczyłem się odróżniać wystrzał do wybuchu. Atakowaliśmy całym batalionem, choć, trzeba przyznać, mocno przetrzebionym po 7 dniach walki. Niemców było niewielu, więc wkrótce zaczęli w sposób zorganizowany się wycofywać. Trzeba, przyznać, że w natarciu nas nie oszczędzano, tylko „wpieriod” i aby do celu. Każdy nieposłuch groził śmiercią: dowódca nie zastanawiał się, strzelał do swego żołnierza, żeby inni się bali; i miał do tego prawo.

Po jakimś czasie, już w zupełnie innym miejscu, natrafiliśmy na silny opór od strony pobliskiego lasku, a potem zaatakowały nas czołgi. Nie byliśmy okopani, nie mieliśmy broni przeciwpancernej, a nasze czołgi były Bóg wie gdzie. Zaczęliśmy się wycofywać. Przede mną biegł sołdat w strugach deszczu, potem zobaczyłem błysk i usłyszałem huk, ten z przodu upadł, przebiegłem nad nim, ale po chwili i ja upadłem. Chciałem się poderwać, ale nie mogłem. Czołg był tak blisko, że bałem się, iż mnie przejedzie. Próbowałem się odczołgać, ale noga odmówiła posłuszeństwa, potem poczułem, jakby ktoś mnie lekko stuknął pięścią w kolano; noga się trzymała, ale była jak nie moja. Miałem sucho w ustach, na szczęście padał deszcz - napiłem się z kałuży. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że za czołgami naciera piechota niemiecka. Postanowiłem udawać martwego, ale chyba któryś zauważył, że się ruszam, z bardzo bliska wypuścił we mnie serię z automatu, poczułem piekielny ból w prawej ręce, a potem mnie ogłuszyło. Przemknęło mi jeszcze przez myśl, że oto mam urwaną rękę, co z nogą – nie wiadomo, więc po co żyć? Jakiś czas potem podniosłem głowę i zasugerowałem temu Niemcowi, żeby mnie dobił; coś mi odpowiedział, coś krzyczał, a potem odpiął mi pas i pobiegł dalej. A ja leżałem i zastanawiałem się, po co mu ten pas? Do pasa był przytroczony pistolet, albowiem każdy, kto obsługiwał ciężką broń miał prawo nosić pistolet dla obrony własnej. Może dlatego odpiął mi ten pas? Leżałem i nie miałem odwagi, aby spojrzeć na rękę. Myślałem o tym, że trzeba opatrzyć rany (miałem dwa bandaże), ale, uświadomiłem sobie, że wówczas na 100 procent mnie dobiją. W końcu zacząłem się czołgać w kierunku torów. Pojęcia nie mam jak długo to trwało. Byłem tak osłabiony, że na nasyp w żaden sposób nie mogłem się wdrapać. Rany coraz bardziej dokuczały, także gorączka, piekielnie dawały się we znaki skurcze mięśni, które nasilały się, gdyż byłem przemoknięty. Pod wieczór na torach pojawiło się dwóch Niemców. Zauważyli mnie, podeszli, coś mówili, może i ja mówiłem, bo trochę znałem niemiecki ze szkoły, pamiętam tylko, że było mi bardzo zimno, a w głowie kołatała myśl, iż zaraz mnie dorżną. Odeszli, ale po jakimś czasie wrócili, mieli z sobą płaszcz, na którym mnie położyli, a innym przykryli. Potem wszystko ucichło. Zasnąłem.

Obudziły mnie znajome okrzyki „urrra!”... Sanitariusz obmył mi rany i opatrzył. Po jakimś czasie załadowano mnie do sanitarki. Była noc, samochód poruszał się bez świateł i wjechał do jakiegoś rowu, ranni z lewej pospadali na tych z prawej. Poukładali nas w rowie i potem znowu załadowali. W końcu trafiłem do szpitala, gdzie na „dzień dobry” dali mi trochę alkoholu, co mi bardzo dobrze zrobiło. Potem byłem w kilku innych szpitalach, aż w końcu trafiłem do Gliwic. W Gliwicach byłem tydzień i doczekałem się gipsu.

12 maja 1945 r. przywieźli mnie na stację kolejową i załadowali do wagonu sanitarnego, takiego, jakie widywałem w Rawie Ruskiej. Ewakuowano w nich rannych Niemców z frontu wschodniego. Jak zwykle wszystko było tajne, więc w żaden sposób nie mogłem się dowiedzieć, dokąd nas wiozą? Pociąg ruszył, minęliśmy Katowice, potem był Przemyśl, Lwów, Równe, Dubno, Szepetówka, w końcu Kijów. Zapamiętałem, że mijane po drodze miejscowości czasem były bardzo długie, z małymi domkami, które wyglądały jak chlewiki: okna malutkie, żadnych przybudówek, dachy wyglądały tak, jakby na nich nie było krokwi, a tylko narzucona słoma, żadnych ogrodzeń, a sady ciągnęły się kilometrami. Bardzo ubogo to wszystko wyglądało; mało lasów, szczególnie iglastych.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Dotarliśmy do Zaporoża. Duże wrażenie zrobiła na mnie tama na Dnieprze i elektrownia. Dalej jechaliśmy jakiś czas wzdłuż linii morskiej. Dla mnie to było coś, gdyż po raz pierwszy widziałem Morze Czarne, jakiekolwiek morze… Potem był Rostów nad Donem. Tam zatrzymaliśmy się na kilka dni, albowiem stamtąd po jednym wagonie przeciągali nas do miasta Essentuki. To było 30 kilometrów za Minwodami (Mineralne Wody). Zostałem skierowany do 32 sanatorium i tam już zostałem do końca leczenia.

Długo leżałem, zanim odważyłem się spróbować chodzenia. Lekarze namawiali mnie, żebym zgodził się zrównać górną i dolną cześć stawu kolanowego, przekonywali, że noga będzie stabilniejsza, ale nie zgodziłem się. Miałem pół ciała w gipsie, chodzenie było męką, czytałem więc książki, po rosyjsku. Na początku nie wszystko rozumiałem, ale z czasem poszło lepiej.

Miałem dużo czasu. Często pisałem listy do rodziców i mojej dziewczyny. Wystarczyło zdobyć czystą kartkę papieru, złożyć w trójkąt, napisać adres i na pocztę. Martwiło mnie, że przez ostatnie 8 miesięcy nie dostałem ani jednego listu. Poprosiłem w końcu o pomoc „Rajwojenkomat” w Rawie Ruskiej. Okazało się, że żona jednego z oficerów pochodzi z Żurawiec. Była to Olga Wanczesowicz, z którą uczyłem się w szóstej i siódmej klasie. Odpisała mi, że niewiele wie, albowiem Żurawce są teraz za granicą, że granica jest w Hrebennem. Napisała też, że kilka domów w Rudzie Żurawieckiej spłonęło.

We wrześniu 1945 r. zdjęli mi ostatni gips. Po kilku dniach stanąłem przed komisją lekarską. Uznali, że jestem niezdolny do dalszej służby, albowiem noga w kolanie jest sztywna. 28 września ruszyłem w drogę powrotną do domu. Wręczyli mi dokumenty, talony na suchy prowiant i na zupy. Dali mi też mundur, ale trzeba było wybierać: nowe buty i stary płaszcz, albo na odwrót. Wybrałem nowe buty, a płaszcz, jak się okazało, był nie tylko stary, ale i podarty. Tego samego dnia przyszły dwa listy: jeden od Olgi, drugi od rodziców. Moi nie wspominali nic o pożarze, ja jednak nie wierzyłem, że wojna nie zostawiła u nas żadnych śladów. Tego samego dnia z duszą na ramieniu wyjechałem do Rostowa. Tam trzeba było kilka dni czekać na pociąg do Kijowa (do Moskwy odjeżdżały codziennie). W końcu przez Kijów i Lwów dobrnąłem do Rawy Ruskiej. Dalej pociągi nie kursowały. W urzędzie kolei sprawdzili moje dokumenty i wydali mi zezwolenie na przekroczenie granicy. Wkrótce byłem w Lubyczy. Wzruszenie, ale i wstyd, że jestem kulawy, do tego w podartym płaszczu. Wieść o moim powrocie szybko się rozeszła. Za mostem spotkałem wujenkę, która natychmiast mnie uspokoiła, powiedziała, że mam do kogo i do czego wracać.

Była niedziela, więc w naszym domu, jak zwykle, było sporo ludzi. Wszyscy byli ciekawi informacji ze świata. Opowiadałem, a oni co chwila wybuchali śmiechem. Zapytałem, dlaczego? Okazało się, że na tej wojnie porządnie się zruszczyłem, a najbardziej śmieszny był dla nich stale przez mnie powtarzany zwrot „nu wot”.

Tymczasem na naszych terenach było bardzo niebezpiecznie. Działało dużo i najróżniejszych ugrupowań partyzanckich. Przede wszystkim UPA, AK i radzieckie. Jedni często podszywali się pod innych, trudno było w tym wszystkim się połapać. Na dodatek wojsko polskie wszystkich cywilów traktowało jak bandytów, mogli zastrzelić nawet w trakcie wyjmowania dokumentów.

Rodzice opowiedzieli mi, że pewnego razu, gdy byłem jeszcze na Kaukazie, w naszej wsi była obława. Polacy nie wiadomo dlaczego byli rozwścieczeni. Pytali, gdzie syn? Nie uwierzyli, że jestem w wojsku rosyjskim, zaczęli bić ojca. Na szczęcie mama zachowała przytomność umysłu i pokazała im moje listy. Wtedy uwierzyli. Jeden z żołnierzy uderzył ojca kolbą w twarz i w końcu zostawili ich w spokoju. Jak się potem przekonałem, wojsko to składało się z sadystów z którymi nie dało się normalnie rozmawiać. Szybko zrozumiałem, że nadeszły straszne czasy i mimo, iż posiadam porządne dokumenty i sztywną nogę, muszę się chować, albowiem do ludzi strzelano zanim cokolwiek powiedziałeś, zanim cokolwiek wytłumaczyłeś.

UPA starała się bronić naszych. Rodzice opowiadali mi, że przez pewien czas pomiędzy Lubyczą i Machowem krążyły dwa samochody ciężarowe wypełnione żołnierzami i cywilami. Gdy żołnierze szli na obławę, cywile rabowali, co popadnie. Jak się okazało, mój sąsiad Władek Żołądek sympatyzował UPA i poinformował chłopaków o grabieżach. Pół kilometra za wsią w kierunku Lubyczy UPA zorganizowała zasadzkę. Samochody spalili, cześć ludzi zabili w walce, ci, którym udało się przeżyć dobiegli do Bełżca i szybko zorganizowali akcję odwetową. Nasza wieś ewakuowała się do lasu, ale mój ojciec nie zdążył. Gdy wpadli żołnierze, na podwórzu stały dwa wozy załadowane dobytkiem. Na szczęście było to o zmroku i memu ojcu, a także wujkowi Mikołajowi Pęczakowi udało się uciec. Żołnierze wsiedli na załadowane wozy i ruszyli w drogę. Zabrali z sobą mego brata. Mama szła obok wozu i błagała, żeby chociaż syna puścili, a oni ją odpychali kolbami. Było prawie ciemno, sąsiad Żołądek Władysław rozpoznał konie ojca i zawołał po ukraińsku: „Petre, Petre, de jidesz?”. Jeden z żołnierzy zeskoczył i pchnął go bagnetem, drugi popchnął mego brata na matkę. Matka natychmiast poderwała się i zaczęła uciekać ratując siebie i syna od niechybnej śmierci. Piszę „niechybnej”, albowiem tego dnia został zakłuty bagnetem nie tylko nasz sąsiad (pchnięto go kilkanaście razy). Zginęło wielu mężczyzn, w tym nasz wiejski tłumacz z niemieckiego, zginął też ojciec i 13-letni brat mojej wujenki Piczak Julij. Winnych nie szukali – zemścili się na tych, którzy byli pod ręką.

Rozpoczęły się wysiedlenia do Związku Radzieckiego. Ukraińcy żyli tu z dziada-pradziada, to jasne, że nie chcieli nigdzie jechać. Rodzice też nie chcieli, chowali się, gdzie mogli. Gdy wywieźli naszą wieś dopadli w końcu i moich ukrywających się rodziców: wojsko zabrało ich razem z ludźmi z Machowa. Pojechali na sowiecką Ukrainę bez niczego. Życie stawiało nam wyzwania większe, niż mógł to pojąc rozum człowieka.
Ja w tym czasie ukrywałem się u Piczaka Adama. To był dziadka brat i on był Polakiem. Rodzice pragnęli, abym do nich dołączył. Nie rozumieli, że ja już widziałem tę sowiecką Ukrainę z okna pociągu, przejechałem ją wszerz i wzdłuż. Polska też była biedna, ale mimo to, nieporównanie bogatsza. Miałem też takie przekonanie, taką wiarę, że o ile wyzwalałem Polskę, to mam prawo, aby tu żyć. Powiem szczerze – nikt z nas nie sądził wtedy, że ta rozłąka będzie taka długa. Nawet sobie nie uświadamialiśmy, że wierzyliśmy w cud.

Po deportacji rodziców poszedłem do ciotki do Żurawiec. Miała troje małych dzieci, potrzebowała pomocy. Brat jej męża, Sylwester Wiszka, był komunistą już przed wojną. W 1939 r., gdy pojawiła się nowa granica, od razu nałożył czerwoną opaskę i zabrał się do organizowania władzy sowieckiej. W końcu został głową wiejskiej rady na wzór teraźniejszego wójta, radnymi, rzecz jasna, zostali jego koledzy komuniści. Znał wszystkich ludzi we wsi, która liczyła ponad 500 rodzin plus okoliczne wsie: Ruda Żurawiecka, Netreba i cześć Rudy Lubyckiej. Rządzenie rozpoczął od usuwania niewygodnych: po aresztowanych ślad przepadał na amen. W chwili nadejścia Niemców uciekł na koniu dosłownie w ostatniej chwili.

W kwietniu 1947 r. przyszedł do mnie sołtys Bida Paweł. Skarżył się, że znalazł się dosłownie między młotem a kowadłem, albowiem władze domagają się od niego poborowych, a UPA ostrzegła go, żeby nie dawał. Postanowiłem mu pomóc. Na komisję poborową udałem się ja, Desny Stefan, który miał padaczkę i Szumada Eliasz, którego obydwie stopy były zwrócone do środka. Komisja odesłała nas do domu, ale najpierw mieliśmy „ujawnić się” na UB. Była taka ustawa, która przewidywała, że człowiek ”spowiada się” ze swojej przeszłości, a państwo odpuszcza mu grzechy. W takim przypadku „akowiec” mógł liczyć na zachowanie wolności i powrót do normalnego życia, a „upowiec” na nieco łagodniejszą karę. Byłem „ujawniony”, papiery miałem w porządku, ale jak się wkrótce okazało, to za mało, aby spokojnie żyć w nowej Polsce. Zapomniałem albowiem, że wciąż jestem Ukraińcem.

5 maja 1947 r. jechałem furmanką i natknąłem się na zasadzkę wojsk KBW, żołnierze czekali na „upowców”. Zrewidowali mnie i kazali się położyć w rowie. Było ciepło, więc zasnąłem. Spałem spokojnie do rana, albowiem w zastawione przez Polaków sidła nic nie wpadło. Zawieźli mnie do Rudy Żurawieckiej. Tam mnie przesłuchiwał sowiecki podpułkownik w polskim mundurze. Rozmawialiśmy po rosyjsku. Okazało się, że mam grzechów więcej, niż myślałem. Oficer miał mi za złe, że nie pojechałem z rodziną na Ukrainę. Na nic się zdały tłumaczenia, że chcę żyć tu, gdzie się urodziłem, że należy mi się miejsce w kraju, który wyzwalałem od faszystów, będąc do tego rannym nad Wisłą i pod Berlinem. To mi nie pomogło. Zapakowali mnie do samochodu. Byli tam inni Ukraińcy, których zatrzymano pod różnymi pozorami. Zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy bardzo podejrzani. W pierwszej chwili myślałem, że wiozą nas na Ukrainę, zrobiło mi się lżej dopiero wtedy, gdy samochód skręcił w kierunku Narola. Tam mnie jeszcze raz przesłuchali i położyli razem z innym na podłodze ciężarówki. Ruszyliśmy w nieznanym kierunku. Pamiętam, że straszliwie rzucało nami na każdej dziurze. Wieczorem wrzucili nas do jakiejś piwnicy. Jak się rozwidniło, to zobaczyliśmy zakratowane okienko i pieniek pośrodku, ziemia była czarna jak w kuźni. Zaczęli nas wywoływać na przesłuchanie. Nie wrócił Makowski Jan, o którym wiedziałem, że był w partyzantce. Wpadł w zasadzkę, gdy szedł do domu.

Po dwóch dniach i mnie wezwano na górę. Miałem zidentyfikować jakiegoś żołnierza, a gdy mi się to nie udawało, dostałem w twarz tak, że głowa odbiła się od drzwi. Siedziałem zdruzgotany na podłodze, aż w końcu któryś wycedził: „spierdalaj!”. Więcej mnie nie przesłuchiwano.

Po jakimś czasie trafiłem do Lubaczowa. W celi była jedna duża prycza na 10 osób – nas było 50-ciu! W kącie mieliśmy do dyspozycji wiadro na odchody z przykrywką, pamiętam, że ciągle była kolejka do tego wiadra. Występowaliśmy tu w roli bandytów-banderowców, byli też złodzieje miasteczkowi i Bóg jeden wie, kto jeszcze. Komendant celi dostawał chleb i rozdawał kawałki według własnego uznania. Rano i wieczorem dostawaliśmy gorzką czarną kawę, a na obiad pęcak. Naczyń nie było, ja korzystałem z małej puszki, podobnej do tej, w której kupujemy dziś groszek konserwowy. Byłem więc ciągle głodny. Głód spowodował, że osłabłem, widziałem, jak we mgle. Korzystali z tego miejscowi, którym bliscy przynosili jedzenie. Ci się ciągle nudzili, więc wymyślali zabawy, które na ogół kończyły się biciem słabszych. Na przesłuchaniu byłem tylko raz i nie byłem bity, ale w celi tak i to wielokrotnie.

Po jakimś czasie część z nas przenieśli na strych i tam spotkałem znajomych z Żurawiec, oczywiście aresztowanych, gdyż trwała już wywózka Ukraińców na zachód. Boże wielki, spotkałem tam swoich kolegów ze szkoły: Sulima Jana, Denysa Stefana; był tam nasz sąsiad Bida Semko, Tymo Stefan i wielu, wielu innych. Było też kilka kobiet.

W końcu znalazła mnie ciotka, i choć komunikacja nie działała, przywiozła mi paczuszkę. Bardzo mnie ucieszyło to, że był tam garnuszek emaliowany z uszkiem! Nareszcie mam normalne naczynie i nie będę parzyć sobie palców! Ale następnego dnia zapakowali nas do pociągu i zawieźli do Warszawy. Tam dość długo szliśmy ulicami, gdyż chodniki były zasypane gruzem. Było nas prawie 200-tu. Ktoś zapytał: kogo prowadzicie? Żołnierze wyjaśnili, że to banderowcy i wtedy posypały się na nas kamienie i cegły.
Umieścili nas w schludnych barakach! Nareszcie można było się umyć i ogolić, odzież poddano dezynfekcji. Boże „prawednyj”! Mieliśmy nareszcie wolny dostęp do łazienki i ubikacji! Ba, mogliśmy komunikować się między sobą! Pilnujący nas żołnierze dreptali za drutami, do nas nie mieli bezpośredniego dostępu. Jedzenie przynosili do sali, rozdawali, a resztę zostawiali, aby chętni mogli zrobić sobie dokładkę. Nie wiem, dlaczego tam wszystko urządzone było tak po ludzku? Być może powód tkwił w tym, że zjawiały się tam dosyć często jakieś delegacje, chyba także dziennikarze. Rzecz jasna, nie byliśmy informowani o celu tych wizyt, ale niektórzy goście rozmawiali z nami, pytali o warunki, czy nas nie biją itd.

Ta idylla trwała niestety tylko 3 tygodnie. Pewnej nocy zapakowali nas do „specpociągu” z wagonami dla ludzi, a nie dla bydła (okna były zakratowane). Kazali nam wyjść na stacji Szczakowa. Uformowani w czwórki ruszyliśmy przed siebie. Miejscowi wiedzieli kim jesteśmy, ponieważ nie był to pierwszy taki transport. Entuzjastów, którzy chcieli okazać nam niechęć czy wrogość – nie brakowało. Miałem wrażenie, że dla wielu osób poniżanie nas było swego rodzaju zabawą, na którą eskortujący żołnierze na ogół nie reagowali. Po kilku kilometrach dotarliśmy do bramy, nad którą był napis: „Centralny Obóz Pracy”. Przekraczając tę bramę rozpocząłem jeden z najgorszych okresów w moim życiu, ale to zrozumiałem dopiero z czasem.

Co nas tu czeka, stało się mniej więcej jasne już pierwszego dnia. Najpierw trzymali nas w upale, potem zabrali wszystkie rzeczy, rozebrali do naga i pognali do łaźni. To była prawdziwa „ścieżka zdrowia”, albowiem musieliśmy przejść przez korytarz utworzony z rozbawionych żołnierzy z kijami i gumowymi pałami w dłoniach. Młodzi starali się przebiec ten odcinek w jak najkrótszym czasie, żołnierze, co prawda, podstawiali im nogi dając sobie szansę na zadanie większej liczby razów. Ja ze swoją niesprawną nogą byłem w o wiele gorszej sytuacji. Więc bili mnie tak długu, póki nie zacząłem cały ociekać krwią. Uznali w końcu, że mam dosyć. Jakże żałosnymi wydają mi się dzisiaj moje próby wytłumaczenia tym ludziom, że wyzwalałem Polskę, że mam takie same prawa do niej, jak oni! Ba, krzyczałem nawet, że zawdzięczają mi wolność! Nie wiem, skąd się biorą tacy ludzie, ale to byli czystej krwi sadyści.

Potem nas, pokaleczonych, umęczonych fizycznie i moralnie, „myli” strumieniem na przemian zimnej i gorącej wody. Oddali w końcu nasze odwszone, jeszcze gorące ubrania i skierowali do baraków. Baraki stały rzędami: 10, 11 do 15-go; ja trafiłem do 11-tki. W każdym baraku były trzy sale, w każdej stłoczono około 200 ludzi. Łóżka były piętrowe i stały blisko obok siebie. Na łóżkach były tylko deski, których wraz z upływem czasu ubywało, albowiem były używane jako narzędzia do bicia uwięzionych i przez to często łamały się na naszych ciałach.

Odczytano nam regulamin: od apelu do caprztyku, czyli od 6 godz. rano i do 10 wieczorem nie wolno wchodzić na łóżko, nie wolno wchodzić do innych sal i baraków, do ubikacji można, ale tylko grupowo. Ubikacja była tam niezwykła – na 40 otworów! Ale i tak często tworzyły się kolejki. Jak przycisnęło chłopa, a nie było wolnej dziury, to należało spuścić spodnie i siąść pomiędzy dwiema załatwiającymi się akurat osobami, a potem szybko wskoczyć na miejsce, które najwcześniej się zwolni. Ubikacja znajdowała się koło ogrodzenia z drutu kolczastego pod wysokim napięciem, a za ogrodzeniem był mur z czerwonej cegły wysoki na 3 metry, co 50 metrów znajdowały się wieże wartownicze; strażnicy mieli broń maszynową i telefony.

Pewnego dnia koło baraku nr. 10 zobaczyłem Tadka Guza, podszedłem do niego po świeże informacje, gdyż jego przywieźli kilka tygodni później. Niestety, zauważył to „czarnowłosy” blokowy – jeden z najgorszych w obozie. Kazał mi wrócić na swoje miejsce, a potem wyjął z mego łóżka deskę i się zaczęło. Tego dnia połamał na mnie trzy deski, tak więc, nie dość, że kości bolały, to jeszcze łóżko miałem dziurawe.

Spać w ubraniu nie zezwalano; spodnie służyły za posłanie, marynarka za przykrycie, a czapka lub łokieć spełniały rolę poduszki. Żadnych ubrań nam nie dawano, chodziliśmy w tym, w czym nas przywieźli. Nic dziwnego, że w krótkim czasie najcenniejszym przedmiotem stała się igła. Pamiętam, że na początku bardzo cenione były nici, które wyciągaliśmy z damskiej chustki, którą miał Tymo Stefan, a była ona różnokolorowa, taka w kratkę. Z czasem takie rzeczy nauczyliśmy się zdobywać w warsztacie krawieckim.

Już wspominałem o „czarnym” blokowym, wyjątkowym łotrze. A był też blondyn, tak samo wysoki, ale o wiele łagodniejszy. Tu akurat kolor włosów zbiegł się z charakterem. Gdy dyżur miał „blondyn”, prawie nie było musztry, nie było „żabek”, „kaczego chodu” i nieustannego biegania dokoła baraków.

Rano, po apelu i kawie mieliśmy obowiązkowe ćwiczenia wojskowe. Prawie w każdej sali był ktoś, kto znał komendy. Wśród więźniów znaleziono zwyrodnialców, którzy za dodatkową miskę zupy wysługiwali się blokowym i bili współwięźniów za byle przewinienie. Jak mieliśmy karną musztrę, to zarządzano „żabki” dokoła baraków, a ci rozstawiali się na rogach i bili tych, którzy nie nadążali za pozostałymi. Z Żurawiec był taki Predko Jan, miał przezwisko „Huta Jan”; ten swoich sąsiadów z baraku trochę oszczędzał, ale innych już nie.

Umywalnia była tylko jedna. Stała na wolnym powietrzu i tylko nad kranami był daszek. Myć się chodziliśmy grupami, czy raczej salami. Jednorazowo mogło się zmieścić do 50 chłopa. Woda była tylko zimna. Najgorzej było wieczorem, gdy trzeba było dobrze umyć nogi, pilnowaliśmy się wzajemnie, gdyż za brudne nogi karano całą salę. Wszyscy latali wtedy na bosaka dokoła baraku i potem, w nocy, zarządzano dodatkowe mycie. Ręczników nie było, więc stopy najczęściej wycieraliśmy o nogawki.

Na początku często wywoływali nas na przesłuchania. Ja, w porównaniu do innych, mogę powiedzieć, że byłem rzadko bity, albowiem posiadałem komplet dokumentów. Często mnie wzywano, abym świadczył w sprawie sąsiadów z Żurawiec i Rudy Żurawieckiej. Stamtąd przywieziono aż 64 osoby; z Rudy Żurawieckiej m.in.: ja, Kupicz Jan, Gudz Tadeusz, Włodek Nazarowicz, Żyrucha Piotr, Kupicz Eugeniusz. Wszyscy oni byli młodsi ode mnie i za każdego z nich byłem bity, ponieważ nie chciałem poświadczyć ich przynależności do UPA. Stale tłumaczyłem się tym, że w czasie wojny prawie mnie nie było w domu, więc skąd mogę posiadać takie wiadomości; po powrocie z Kaukazu do rodzinnej wsi nigdzie nie chodziłem, niczym się nie interesowałem, albowiem miałem mnóstwo własnych problemów. Ale mi nie wierzyli, więc bili, bili… Najwięcej dostałem za Kupicza Jana. Ale nie tylko ja, wszyscy obrywali za niego i w końcu złamali Nazarowicza Władka; powiedział, że widział Janka z karabinem, Janek zaprzeczał, więc go jeszcze bardziej torturowali do tego zresztą stopnia, że z przesłuchań nigdy nie wracał o własnych siłach. A gdy trochę odsapnął, wszystko powtarzało się od początku. W końcu zabrali go do szpitala i słuch po nim zaginął. Dopiero po wyjściu z Jaworzna dowiedziałem się, że dostał 12 lat więzienia.

Życie w obozie było niezwykle ciężkie; non stop bicie, bieganie, musztra, poniżanie godności, itp. Chociaż wyzwalałem Polskę spod okupacji, traktowany byłem jako banderowiec, czyli bandyta. Moją jedyną winą było to, że urodziłem się w rodzinie ukraińskiej, a zasługi wobec państwa nie miały już wtedy żadnego znaczenia.

W końcu nie wytrzymałem i zgłosiłem się na ochotnika do zakładu krawieckiego. Przyjęli mnie. Szyliśmy tam mundury wojskowe, faktycznie zszywaliśmy gotowe już formy. Praca trwała na trzy zmiany, czyli przez całą dobę. Rzemieślników trzymano w baraku nr. 9 i tam nie było już takiej dyscypliny; obowiązywał tylko apel poranny, a cały wolny czas pomiędzy zmianami można było przespać. Na poranną kawę mało kto wstawał, albowiem chleba brakowało, a czarnej kawy bez cukru nie chciało się pić. W baraku były 3 sale, w których znajdowało się po 45 maszyn do szycia. Norma, to 45 mundurów. Na ogół udawało się uszyć od 43 do 47, a dlaczego tak – do dziś nie wiem. W trzeciej sali pracowali dobrze wykwalifikowani pracownicy, oni szyli mundury dla oficerów, śledczych, a także ich żon, czyli szyli też cywilne ubrania. Dużym udogodnieniem było to, że sale były ogrzewane.

Tymczasem ci z naszych, którym udowodniono winę byli odsyłani albo do sądu do Krakowa (lżejsze kary), albo do Rzeszowa (tam przeważnie dawali karę śmierci). Niektórzy, mając dość tego nieznośnego życia, sami przyznawali się, często do czynów, których nie popełnili, ponieważ nie mogli dłużej wytrzymać tego życia obozowego. Znam przypadek dziewczyny, która dostała 10 lat więzienia za to tylko, że nakarmiła partyzanta; nie pomogły tłumaczenia, że był nie tylko głodny, ale też uzbrojony.

Zimą sytuacja uległa poprawie. Przesłuchania nie były już tak brutalne, zaczęliśmy dostawać paczki od rodzin. W ten sposób dowiadywaliśmy się (z adresu zwrotnego), dokąd zostali przesiedlenia w trakcie akcji „Wisła”. Ja dostałem paczkę od ciotki, którą osiedlono w olsztyńskim i od wuja, który zamieszkał 12 km od Elbląga. W końcu zrobiono nam zdjęcia, wydano legitymacje, pojawiła się nadzieja na zmiany. Pewnego dnia zapytano mnie, dokąd chciałbym pojechać po zwolnieniu; odpowiedziałem, że do ciotki. Zaczęto formować grupy w zależności od tego, kto dokąd pojedzie. Nastały radosne dni!

W końcu lutego wezwano mnie do biura i poinformowano, że zostanę zwolniony, ale pod warunkiem, że nie powiem nikomu ani słowa o Jaworznie. Rzecz jasna, podpisałem papierek; za złamanie obietnicy groziło 5 lat więzienia. Wydali nam po 2 bochenki chleba i po jednej konserwie, odwieźli na stację Szczakowa. Naszą „olsztyńską” grupę odprowadzali, czy raczej konwojowali żołnierze, ale tylko do Olsztyna. Potem należało się zgłosić do PUR-u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) w Giżycku lub Węgorzewie.

Na szczęście przybyłem do Węgorzewa w dzień targowy i od razu spotkałem wujka Piczaka Mikołaja. On mieszkał w tej samej miejscowości, co ciotka. Dzięki temu nie musiałem błądzić, a miałem jeszcze do przebycia 24 kilometry: 12 po asfalcie i tyle samo po rozjeżdżonej, błotnistej drodze, która częściowo prowadziła przez las i naprędce zbudowany przez wojsko most na Węgorapie. Cóż, trafiłem pod samą sowiecką granicę, gdzie obowiązywała godzina milicyjna. Wieś nazywała się Gross Sobrost, czyli Zabrost Wielki. Osiedlono tu 9 rodzin z Rudy Żurawieckiej, jedną z Żurawiec z przysiółka Kapice (może dlatego, że było tam kilka rodzin Kapitulskich?); 15 rodzin z Krzywczy, gmina Ruszelczyce, powiat Przemyśl; jedna z Mokrego, powiat Sanok; trzy z powiatu Włodawa; jedna z leskiego.

Ja rozpocząłem tam nowe życie w marcu 1948 r. Rzeczywistość była bardzo surowa. Przede wszystkim trudno było coś zarobić. Praca była tylko sezonowa, ewentualnie u osadników z sąsiedniej wsi, którzy przyjechali wcześniej i mieli wszelkie warunki, aby wszystko obszabrować, aby nic nie zostało nam, żeby było nam jak najciężej. Ci ludzie zostali uprzedzeni, że wkrótce przybędą tu bandyci, banderowcy, czyli Ukraińcy. Po latach niektórzy z nich przyznali się, że początkowo spali z siekierami pod poduszką, tak bardzo się nas bali. Najbardziej wierzyli propagandzie komunistycznej osadnicy z sąsiednich rejonów: Suwałk i Łomży. Byli też Polacy z Wileńszczyzny; ci ludzie byli dla nas bardzo przychylni i często pomagali nam. Można ich było łatwo poznać po charakterystycznym akcencie.

Pewnego dnia przyjechał do mnie młody mężczyzna z Węgorzewa. Powiedział, że pracuje w UB, wie, że byłem na wojnie, a także w obozie w Jaworznie. Zapytał, jak tam było? Pamiętając o złożonej przysiędze, aby nie rozgłaszać prawdy o Jaworznie, odpowiedziałem, że dla mnie nie tak źle tam było. Przejrzał moje dokumenty, wyraził współczucie, gdyż, według niego, ja nie powinienem był trafić do Jaworzna. Poprosił w końcu, żeby go odprowadzić. Gdy szliśmy przez wieś zaproponował mi współpracę. Zapytałem, na czym miałaby polegać? Wyjaśnił, że mam go informować, kto na co narzeka, generalnie, co mówi itd. Byłem tak zaskoczony tą propozycją, że w pierwszej chwili powiedziałem „tak”. Wtedy on powiedział, abyśmy za tydzień spotkali się w oddalonym o 2 km Skaliskiem. Wyjaśnił, że ludzie nie powinni widzieć nas często razem, bo byłoby to podejrzane. Dopiero, gdy się rozstaliśmy zrozumiałem, co to wszystko znaczy i oczywiście nie pojechałem na to spotkanie. Po kilku dnia znowu był u mnie w domu. Wytłumaczyłem, że nie miałem nic do powiedzenia, to nie pojechałem na wyznaczone spotkanie. Przekonywał mnie, że mimo to powinienem był przyjechać i wyznaczył następny termin. I znowu nie pojechałem. Po kilku dniach listonosz wręczył mi wezwanie do SP (Służba Polsce). Zdziwiło mnie to bardzo, bo do SP brali młodych, a co ja, po służbie wojskowej, mam tam robić?

Pojechałem pod wskazany adres. Przyjął mnie młody człowiek, poprosił, abym usiadł. Biuro znajdowało się przy końcu zabudowań jednostki wojskowej w Węgorzewie. W pewnym momencie wstał, powiedział: idziemy! Wyszliśmy na zewnątrz, szliśmy lewą stroną ulicy w kierunku miasta, przeszliśmy potem na prawą stronę, koszary się skończyły, a my nie rozmawiamy, nic, grobowa cisza. Raptem on skręcił w jakąś bramę, za którą była portiernia, gdzie musiałem zostawić dowód. Zaprowadzono mnie do jakiegoś biura, a tam siedzi „mój znajomy” młody człowiek i od razu pyta, czemu nie przychodzę na spotkania. Zaproponował mi pisemne zobowiązanie, że od teraz będę się stawiał na spotkania. Gdy odmówiłem, kazał mi pójść do świetlicy i dobrze pomyśleć, co ja robię. Siedziałem tam do wieczora. On co pewien czas podchodził i pytał, czy już się namyśliłem, odpowiadałem, że nie. W końcu wezwał mnie do siebie i znowu zaproponował, abym złożył pisemne zobowiązanie. Odmówiłem, powiedziałem też, że nie ma zamiaru zbierać żadnych informacji o sąsiadach, bo nie mam czasu, a na dodatek, po co mi cudze kłopoty, kiedy mam swoich dosyć. Próbowałem też łagodzić napięcie mówiąc, że jak coś ważnego usłyszę, to im powiem, ale on chciał potwierdzenia na piśmie. Znowu odmówiłem. Wtedy kazali mi opróżnić kieszenie, zdjąć sznurowadła i pas. Miałem przy sobie m.in. zwolnienie z Jaworzna, a także napisany po ukraińsku list od stryja. Przeczytał ten list, ale chyba nie było czego się czepić, więc ponownie zaproponował, abym podpisał zgodę. Gdy odmówiłem – wściekł się i podarł dokument o moim zwolnieniu z Jaworzna.

Zaprowadzili mnie do celi w piwnicy. Tam już od kilku dni siedział Stanisław Mnich, zięć Bednarza Józefa podejrzany o to, że razem z kolegami okradł sklep w Skalisku. Rano kazali mi wyjść z „kiblem” do łazienki, a potem trafiłem do znanej mi już świetlicy. Co jakiś czas mój „znajomy ubek” podchodził i pytał, czy może już się namyśliłem. Był coraz bardziej zły. Zaczął mnie straszyć, że zgniję w tej celi, że zdechnę tu itd. Procedurę powtarzali regularnie przez 3 dni. Nie dawali ani nic do picia, ani do jedzenia. Narastała we mnie wściekłość. Nastała sobota, wtedy urzędy pracowały do 13-ej. Przestraszyłem się, że jak nic nie zrobię, to będę tu siedział co najmniej do poniedziałku! Powiedziałem więc, że podpiszę, ale w obecności szefa „ubeka”. Ten niechętnie, ale zaprowadził mnie do niego. Zaatakowałem od razu, wyciągnąwszy „z rękawa” swój najważniejszy argument: „mnie, wyzwoliciela Polski tak traktują! Do czego to podobne! Za takich jak wy krew przelewałem i proszę, piękne mnie spotyka podziękowanie! Mam zdechnąć w jakiejś celi! „Szef” udał, a może była to prawda, że jest zdziwiony tą sytuacją. Ja kontynuowałem: możecie mnie zagłodzić na śmierć, ale i tak niczego nie podpiszę, bo mam własne kłopoty i nie potrzebuję nowych. „Szef” wydał rozkaz, aby przyniesiono jedzenie. Odmówiłem jednak żądając, aby najpierw wydano mi moje rzeczy i przepustkę. „Szef” przepustkę podpisał i grzecznie zaproponował, abym zanocował w celi, gdyż ostatni autobus już odjechał. Ja jednak tak bardzo chciałem się wyrwać z tego piekła, że „za gościnę” podziękowałem. Trochę się posiliłem, resztę chleba wziąłem do kieszeni i w drogę. Ledwo się dowlokłem do Budzewa, do domu Wiszki Barbary, mojej sąsiadki z Rudy Żurawieckiej. Dalej nie mogłem iść, gdyż zaczynała się strefa graniczna i mogłem napytać sobie nowych kłopotów. Po tym wydarzeniu „ubecja” dała mi spokój.

Szycie tam też nie było łatwe – nie było światła elektrycznego. Oświetlało się dużą lampą naftową. Prasowanie było kłopotliwe: żelazko było na rozżarzony węgiel drzewny. Prowadziłem krawiectwo ciężkie, a prasować trzeba było dość często. Pod kuchnią paliło się rano i wieczorem, można więc było nabrać rozżarzonego węgla do żelazka. Trzeba było pilnować jak się paliło pod kuchnią, przepalony węgiel zbierać do starego nie dziurawego garka i szczelnie zakryć, żeby żar tam się „zadusił”, a później można było nałożyć go do żelazka, polać denaturatem i rozdmuchać. Jak było dużo prasowania, to dokładało się zgaszony wcześniej węgiel. Światła elektrycznego nie było i nie było nadziei że kiedyś będzie, zaplanowałem więc zrobić sobie oświetlenie elektryczne z akumulatora ładowanego od prądnicy napędzanej wiatrakiem.

Kupiłem prądnicę u mechanika z warsztatów naprawczych. Była to prądnica wymontowana z czołgu, dokupiłem wszystkie rzeczy, które były potrzebne, zmontowałem to wszystko. Nie od razu wszystko było dobrze, trzeba było udoskonalać, zwłaszcza dostosowywać obroty. Światło było dość dobre, żarówki były samochodowe, jak nie było wiatru, to jakiś czas można było świecić z akumulatorów.

Nie cieszyłem się długo tym światłem. Pech chciał, że po jakimś czasie w pegeerze ktoś rozszabrował kombajn, od razu podejrzenie padło na mnie. Przyjechali i pod moją nieobecność zabrali wszystko, co było na dole, a resztę, co było na dachu, kazali przywieźć, jak nie przywiozę – będę karany. Po powrocie pojechałem, żeby im wytłumaczyć, a że to było na UB-e, uznałem że daremne te moje tłumaczenia, bo oni nie zapomnieli o mojej odmowie współpracy, powiedziałem tylko, że te rzeczy nie są z PGR-u, tylko z Giżycka, a że nie miałem pokwitowań, musiałem oddać i powrócić do oświetlenia lampą naftową.

W roku 1952 miałem już 26 lat i zaplanowałem ożenek. Miałem pracę, klientów nie brakowało, ale nie lubiłem tego zawodu. Cały czas czułem się pokrzywdzony tym, że nie dostałem wymeldowania do Elbląga, a tam pracowałbym w zawodzie, który lubiłem, no i mógłbym studiować. Często zajmowałem się naprawą różnych maszyn poniemieckich. Swoją maszynę do szycia, którą stryjek mi kupił (nie była nowa, miała już luzy), porozbierałem całą, pousuwałem luzy i później pracowałem na niej do końca mego krawcowania.

Naprawiałem też zegarki i zegary, przywiozłem sobie dwa zegarki z wojny, po jakimś czasie stanął jeden, a później drugi, pomyślałem, że ich nie kupiłem, a zepsute niewiele są warte. Kupiłem lupę, zrobiłem śrubokręciki, rozebrałem, okazało się że jest zanieczyszczony, oczyściłem benzyną i ruszył. Do takiej pracy miałem dużo cierpliwości, niektóre rzeczy rozbierałem po kilkanaście razy i czym bardziej były skomplikowane, to bardziej mnie interesowały.

Kiedy się ożeniłem ze Stefanią z rodziny Biłas, zamieszkaliśmy u ciotki, tam gdzie ja mieszkałem. Żona moja była najstarszą córką, miała jeszcze 3 siostry i dwóch braci. Rodzice zamieszkali w pustej szkole, bo była mniej zniszczona. We wsi było już kilka rodzin od Przemyśla, tylko jedną rodzinę (teścia) od Sanoka przywieźli, to było na początku maja, a ciotkę i resztę rodzin z mojej wsi w lipcu.

Jak już wspominałem, po ślubie 16 listopada 1952 r. zamieszkaliśmy u ciotki. 9 maja 1954 r urodził się nam syn Włodek. Byliśmy zmuszeni zmienić mieszkanie z powodu warunków. W szkole nad teściami był pokój, urządziliśmy go i zamieszkaliśmy, co okazało się korzystnym, bo żona pomagała w gospodarstwie rodzicom i mnie nie potrzebowali do pomocy, zajmowałem się krawiectwem. Kupiłem sobie jeden ul z pszczołami. Lato okazało się korzystne, dał mi trzy wiadra miodu i trzy roje, które prowizorycznie osadziłem.

Przez zimę szyłem, a wczesną wiosną kupiłem w tartaku desek podsuszonych, kupiłem też potrzebne narzędzia, warsztat zrobiłem własnego pomysłu, kupiłem książki pszczelarskie i zabrałem się za robienie uli, bo trzeba było przekwaterować z prowizorek, a w sklepach były bardzo drogie, no i co roku pasieka powiększała się. Starałem się jak najwolniej ją powiększać, bo coraz mniej czasu zostawało na szycie.

Dobierano się do mnie, że prowadzę warsztat niezarejestrowany, a żeby zarejestrować się muszą być kwalifikacje. Dowiedziałem się, że będzie egzamin w Giżycku z różnych zawodów. Przyjechałem do mistrza krawiectwa w Węgorzewie (Michałowski Józef), który zasiadał w komisji egzaminacyjnej. Powiedział mnie, że muszę wykonać coś z ubrań pod nadzorem mistrza i przed komisją potwierdzić, że to moja praca dyplomowa. Zgodził się być tym mistrzem. Michałowski miał materiał, skroił sam, bo to do niego należało i dla niego uszyłem garnitur. Razem ze mną robili u niego dla swoich żon, Andruszkiewicz z Popiół i Ambroziewicz z Piłak Wielkich, i ten ostatni przy tym opowiadał, jak on z kolegami mieli jakiś samochód ciężarowy, a mieszkali w suwalskim województwie. Zaraz po wysiedleniu Niemców przyjeżdżali na nasze tereny poniemieckie szabrować, zabierali wszystko co miało jakąś wartość. Tak, że naszych ludzi osiedlali często do zdewastowanych gospodarstw i po kilka rodzin na jedno gospodarstwo. Moją ciotkę też ulokowali trzecią na gospodarstwo, po jakimś czasie ciotka odremontowała wolnostojący domek po drugej stronie ulicy i zamieszkała z dziećmi, nadal korzystała z tej samej stajni i stodoły.

Po uzyskaniu dyplomu mogłem zarejestrować warsztat, dostałem cennik na swoje usługi i szyld. Po kilku latach zaczęli organizować nauczanie w szkole, dawali młodych nauczycieli, którzy mieszkali w pustych pomieszczeniach szkolnych a stołowali się przeważnie u teściów. Do szkoły chodziły dzieci z Zabrostu Wielkiego, ze Skaliska, Sąkiet Małych (wieś i PGR), Dąbrówki Małej (PGR) i Zabrostu (PGR).

Coraz częściej przyjeżdżali z urzędów do teściów, a tym bardziej do mnie, żeby opuścić budynek szkolny. Dla teścia proponowali kilka budynków zastępczych, dla mnie nie, musiałem kupić. Objechaliśmy ze szwagrem te proponowane gospodarstwa i żadne z nich nie nadawały się do zamieszkania, a to była liczna rodzina. Mój domek był niedaleko – 200 metrów od szkoły, nowy, pobudowany przed wojną, domek dla robotnika, było w nim dwa pokoje i kuchnia na dole, jeden pokój na górze, stajenka na jedną krowę z przychówkiem na dwa świniaki i kilkanaście kur. Teścio przyprowadził nam krowę. Było do tego jeszcze 2 ha i 44 ary ziemi. Ziemia tam była dobra, ale drogi fatalne, jak popadał deszcz, to bez gumowych butów do wsi nie można było się dostać. Chcąc gdzieś pojechać musiałem w butach gumowych zejść do teściów i tam zmienić obuwie, miałem też motor i nie mogłem do domu dojechać. Z wodą też był problem. Było dwie studnie na 4 gospodarstwa, jedna głębinowa nieczynna, druga po drugiej stronie drogi, woda była tam wtedy, kiedy przybywała z dren i dlatego od połowy lata, a to i w zimie wodę trzeba było nosić ze szkolnej studni oddalonej o 300 metrów.

W krótkim czasie po mojej przeprowadzce przyjechali z Węgorzewa samochodem ciężarowym powiatowy sekretarz Rogulski, dwóch milicjantów i kilku ludzi eksmitować teścia, ktoś zawiadomił mnie o tym. Przyleciałem zdenerwowany i od razu do nich, że jadę do Warszawy szukać sprawiedliwości, że teścio nie prosił się o to, żeby go tu przywieźli i osadzili, że to liczna rodzina, teścio chory, a to co oni dają nie nadaje się do zamieszkania. Sekretarz kazał przerwać, do mnie powiedział że przerywają, a ja po powrocie z Warszawy mam obowiązek zgłosić się do niego i zdać relację.

Napisałem podanie do ministra sprawiedliwości (uważałem, że jej nie ma), krótko opisałem sytuację i pojechałem na stację w Węgorzewie. Po drodze spotkałem Michałowskiego, tego któremu szyłem garnitur na egzamin krawiecki niedawno. Zapytany powiedziałem, że jadę do ministra spraw wewnętrznych. Po drodze dużo myślałem, przypomniało mi się, że jest redakcja „Nasze Słowo” i mieści się przy ulicy Czerniakowskiej. Znalazłem ją i przyjął mnie naczelny Szczerba. Po wysłuchaniu potwierdził i poinformował, którędy i jak dostać się do sekretariatu, do której sekretarki, ona podała numer telefonu i powiedziała dzwonić i odpowiednio umotywować sprawę, żeby minister uznał, że może mnie przyjąć. Odpowiedział, żebym się zgłosił do sekretarki, wskazał numer sekretarki, a było ich ponad dziesięć, ona miała już dla mnie przepustkę do następnego bloku, a tam stało dwóch milicjantów, sprawdzili przepustkę i poinformowali gdzie znaleźć odpowiedni numer gabinetu. Minister po wysłuchaniu powiedział, że wysłuchał jedną stronę sprawy, nie zna drugiej, powiedział, że wysyła ze mną delegata do wojewody, niech on decyduje co z tym robić dalej. Od tej pory dalszą podróżą – włącznie z dostaniem się do wojewody – zajmował się delegat. Wojewoda po wysłuchaniu całej sprawy powiedzał, że szkoła jest budynkiem państwowym, że należy opuścić, a że oferowane budynki nie nadają się do zamieszakania, to wojewoda daje 120 tys. złotych na budowę gospodarstwa, jak będzie mało to dołoży.

Z tą wiadomością powróciłem, po drodze wstąpiłem do sekretarza powiatu, opowiedziałem jemu co uzyskałem i poprosiłem, żeby z eksmisją się jeszcze powstrzymał, bo nawet jak (teść-RK) zdecyduje budowę, to też nie nastąpi to tak szybko, bo w domu (przed akcją „W”-RK) dopiero co pobudował dom (bo w czasie przesuwania się frontu na zachód spłonęło całe gospodarstwo), przy budowie podźwigał się i jest chory. Po powrocie opowiedziałem co załatwiłem. Teścio odpowiedział „nie”, bo cały czas marzył o powrocie, a ta pożyczka bezzwrotna mogła uwiązać i przekreślić wyjazd. Z pomocą sąsiadów kupił nieduże gospodarstwo u sąsiada Bednarza Józefa.

W tym czasie większość przesiedleńców mieszkała tymczasowo, wielu myślało o powrocie i nikt nie chciał remontować budynków, chociaż w niektórych wypadkach było to konieczne. Państwo żeby ożywić remonty dawało do 30 tysięcy pożyczki bezzwrotnej i nikt jej nie chciał. Skorzystał z tej pożyczki tylko Polnik Wasyl, zbudował stodołę i stajnię.

W sąsiedztwie szkoły mieszkało rodzeństwo, on stary kawaler zabobonny i nieufny nikogo nie wpuszczał na podwórko. Kiedy mieszkałem w szkole i miałem pszczoły w ogródku, przyszedł porozmawiać przez płot, mieszkała z nim jego siostra z córką, której męża wywieźli na Ukrainę, a ona została w Polsce. Słabiutko gospodarzyli, bo konia swego nie mieli, tylko krowy i drób, a ludzie im pomagali w polu. W latach 1960-ych zmarła matka Marysi, został tylko jej wujek. Wujek zaczął kupować denaturat, sam popijał i dziewczynkę też częstował, żeby jej cieplej było, do szkoły chodziła, bo było blisko. Krótko po tym zmarł wujek, przygarnęli ją sąsiedzi, a może to dalsza rodzina.

Moja sąsiadka, żona Polnik Wasyla, pochodziła z tej samej miejscowości co i Marysia, zdobyła adres stryjka mieszkającego w Kanadzie, opisała jemu całą sytuację o córce jego brata i poprosiła o pomoc. Stryjek rozpoczął starania i przysłał jakieś dokumenty. Zwrócili się do mnie żebym pojechał do ambasady z Marysią, zgodziłem się, bo w swoim jeszcze nie tak długim życiu dużo biedy przeżyłem, to innym tzeba w miarę swoich możliwości pomóc.

Za pierwszym razem niewiele dało się załatwić, wyznaczyli drugi termin i trzeci termin. Za trzecim razem dowiedziałem się, że nic z tego nie wyjdzie z powodu stopnia pokrewieństwa: stryjek może ściągnąć do lat siedemnastu, a ona ma 19 lat, tak mówią przepisy kanadyjskie, ją może ściągnąć brat, siostra, rodzic. Moje wydatki z podróży przepadły, bo opłacałem bilet i dla niej. Po powrocie sprzedała stodołę z myślą zdobycia pieniędzy na remont domu, stodoła była drewniana, wymagała nowego pokrycia. Do stryja napisała, że dostała odmowę, ja z kolei miałem pretensję o to, że nie powiadomiła mnie o sprzedaży, bo u mnie też przydałaby się jakaś szopa, a ona obawiała się, że mogę potrącić koszty poniesione za bilety.

Stryjek w Kanadzie podstawił kawalera w celach matrymonialnych, koszty pokrywał stryjek. Kiedy nadeszły papiery, Marysia przyszła z prośbą do mnie, żebym pojechał z nią. Ja, zawiedziony poprzednią nauczką, odmówiłem kategorycznie. Pojechała z bratem tego, który kupił stodołę (stary kawaler). Po powrocie przyszła do mnie i powiedziała, że sprawa jest na dobrej drodze, rozpłakała się i powiedziała, że z nim więcej nie pojedzie do Warszawy, bo ze mną jeździła trzy razy i nie została tak poniżona i jak ja nie pojadę, to będę miał [ją] na sumieniu. Kupił dwa bilety i przy kontroli, zapytany kto z nim jedzie, wskazał palcem i powiedział „ta gapa nierozwinięta”. Ona to usłyszała i bardzo przeżyła, bo w rzeczywistości przesadził. Była ona powolna, trochę zaniedbana, nieładnie ubrana, może i nie tak pewna siebie. Jeszcze raz zaryzykowałem i okazało się, że warto było, chociaż wyjazdów było, bo trzeba było porobić badania i szczepienia przez wskazanego przez nich lekarza, wizy tranzytowe, bo też były lądowania na trasie.

Przed odjazdem przepisaliśmy u notariusza gospodarstwo, pokupowałem jej ubrania do wyjazdu, zażyczyła sobie żeby ją odprowadziła rodzina i koleżanki na mój koszt i odleciała. Ja byłem z nią 12 razy. Pózniej często pisała i nie wyglądało to, że to pisze nierozwinięta gapa. Pisała, że później wyjechała do innej rodziny w Ameryce, tam poznała pilota wojskowego i wyszła za mąż za niego; przysłała zdjęcie ślubne. Później przyszło kilka listów ze zdjęciem z córeczką z Japonii z wyspy Okinawa. Tam została przerzucona jednostka męża. Pózniej skarżyła się, że rodzina u których ona była w Zabroście, prosi o leki, a ona nie pracuje i przestała pisać. Ja natomiast musiałem się ostro za remont zabrać, wszystkie okna wymienić, dach naprawić i fundamenty, dużo prac wykonywałem sam, żadnej pracy się nie bałem (jak Irena Kwiatkowska).

Kiedyś przyjechał do mnie wójt gminy, obejrzał to gospodarstwo, zapytał czy kupiłem to na rozbiórkę czy mam zamiar remontować i wyrwać się z tej górki i błota. Nic nie odpowiedziałem, ale później załatwił pożyczkę preferencyjną na 30 lat 1% w stosunku rocznym z pięcioletnią karencją. W tym czasie mało kto remontował budynki, żeby zachęcić do remontowania rząd dawał 50%, za wydane pieniądze na remont odliczał ulgę w podatku i dlatego do remontu stajni wynajęłem majstrów. Było ich dwóch kawalerów, mianowali siebie majstrami. Ustaliliśmy cenę, w tym czasie nie były w modzie umowy na piśmie, do wykonywanych prac było dużo zastrzeżeń, robota ciągnęła się bardzo długo, o jedzenie żona musiała się starać codziennie, niedziela i święto, pomimo to, że jeden z nich miał motor i rodziców o 7 km oddalonych. Często wyjeżdżali, jak to kawalerowie, długo odsypiali, po śniadaniu popracowali z godzinę i uciekali w cień, po obiedzie też popracowali trochę, jeszcze słońce wysoko – myją się i jadą, i tak w kółko.

W tym czasie nie było lodówki. Co najmniej dwa razy w tygodniu trzeba było pojechać do miasta, żeby było co ugotować. Miałem wypożyczoną betoniarkę, zrobiłem zaprawę, naszykowałem cegieł, części które trzeba było wmurować, po powrocie zauważyłem że robota mało się posunęła. Na następny raz wynajęłem człowieka, żeby podał co potrzebne i popędzał w robocie, po powrocie mur się podniósł, a w tej ścianie wcześniej rozebranej były drzwi, to on zapomniał zostawić otwór na drzwi. Innym razem jak już zostawił, to zapomniał że trzeba wmurować haki, żeby było to na czym zawiesić drzwi, ci ludzie nazywali…



Roman Bakun






[ Zamknij okno. ]



Fundacja Losy Niezapomniane. Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2009 - 2010