Home FUNDACJA PROJEKTY Z ŻYCIA FUNDACJI PUBLICYSTYKA NOWOŚCI WSPARCIE KONTAKT
PUBLICYSTYKA
cień
Wersja: PL UA EN
Publicystyka - Zdaniem Historyków i Publicystów
cień
W tej części zamieszczamy, naszym zdaniem, najlepsze i najbardziej obiektywne prace historyków i publicystów na temat historii i dnia dzisiejszego Ukraińców w Polsce.
[wersja w j.polskim] [wersja українська] [wersja english] [video] [fotografie] [pliki]
Data artykułu: 2011-08-13
WERSJA W J.POLSKIM
Ukraińcy w Polsce. Zawadka Morochowska.
Stosunki polsko-ukraińskie. Ukraińska Powstańcza Armia. Pacyfikacje wiosek ukraińskich. Akcja Wisła. Ludobójstwo.
Paweł Smoleński
Dziennikarz, "Gazeta Wyborcza"

Jezus, Maria! - żołnierz zatrzymał się nad trupem kobiety, którą właśnie przebił bagnetem. Gęsty świerkowy las jeszcze odbijał echo jej wycia, gdy chwilę wcześniej rozłupywał kolbą główki dzieci czepiające się matczynej kapoty.

Na udeptany ciężkimi żołnierskimi buciorami, czerwony od krwi, śnieg wypadła z rozciętej kieszeni wymięta kenkarta. W rubryce narodowość ręka niemieckiego urzędnika wpisała równym gotykiem słowo "polnische".

- Jezus, Maria, cośmy tu, k..., narobili! - wrzeszczał żołnierz. - Swoich bijemy!

Kilku najbliższych sołdatów na chwilę otrząsnęło się z krwawego amoku. Lecz większość nie usłyszała krzyku. Mordowali dalej.

Józef Żurat z Mokrego (miał wtedy 13 lat) nie wierzy ani w ten wrzask, ani w istnienie żołnierza, który nagle przeraziłby się tego, co robił, bo - mówi - wojsku było wszystko jedno, kogo mordowali.

Ale już Stefan Bończak (miał wte- dy 17 lat) jest przekonany, że żołnierze musieli się zorientować, że zabijają również Polaków: - Czemu - pyta - przez pierwsze pół godziny szli od szałasu do szałasu, od ziemianki do ziemianki, i rżnęli bagnetami wszystkich bez wyjątku, a potem już tylko mężczyzn?

O krzyku wspominane jest w relacjach spisanych przez partyzantów Ukraińskiej Powstańczej Armii, którzy już kilka godzin po masakrze wypytywali o zbrodnię mieszkańców wsi Mokre, Morochów, Morochowica. Więc pewnie Józefa Żurata tym razem zawodzi pamięć.

25 stycznia 1946 roku drugi batalion 34. pułku piechoty 8. dywizji Wojska Polskiego spacyfikował bieszczadzką wieś Zawadka Morochowska, mordując, nierzadko w sposób szczególnie okrutny, około 70 osób, głównie kobiety i dzieci. Zrabowano 17 koni, 34 krowy, 157 kur, 78 kwintali zboża. Domów i obejść gospodarskich nie spalono, bo od okupacji we wsi nie było już co palić.

Żołnierze wracali do wsi jeszcze kilkakrotnie. Żeby zabijać. W trzech zbiorowych mogiłach, na zarosłym białymi brzozami starym cmentarzu, leży ponad sto osób. Ukraińcy, Po-lacy, a może nawet żydowska rodzina, cudem ocalała z hitlerowskich pogromów.

Resztę wywieziono na Ukrainę i na ziemie odzyskane.

Ostatniego dnia kwietnia 1946 roku Zawadka Morochowska przestała istnieć.

Nad zamordowaną wsią zaległa cisza; pamięć o masakrach przetrwała tylko w najbliższej okolicy.

Pierwsza notka o losie Zawadki ukazała się w paryskiej "Kulturze" dopiero w 1987 roku, a w roku 1989 przedrukował ją miesięcznik "Połoniny". Zawiązany przed dwoma laty Społeczny Komitet Upamiętnienia postanowił wystawić ofiarom pacyfikacji nagrobny pomnik.


Tu była wieś Zawadka Dziadowska przepowiednia
To było jeszcze przed wojną, ale zda-rzyło się naprawdę, choć brzmi jak powiastka, wiejskie bajanie. Wołali go Michał Klepczyk, i ten Klepczyk, jak każdy chłop z Zawadki, z Mokrego, z Morochowa, bez różnicy, czy Ukraniec, Polak, czy Żyd, na Wielkanoc, po cerkwi, w pole szedł z wodą święco-ną, żeby grad upraw nie wybił.

Stoi Klepczyk w polu, kropi wodą świeżo wzeszłe zieloniutkie, wiosenne żyto, a tu dziad stareńki do niego podchodzi, siwiutki, blady jak zjawa, lecz po ludzku mówi. Pogadali se, dziad poszedł na dół, ku potokowi, i tyle go w Zawadce widzieli. Więc może jednak był zjawą nie z tego świata?

Klepczyk nie wrócił z pola do domu świętować, jak inni, za wielkanocnym stołem. Pędem poleciał do księdza Rybaka, wyznać, co mu dziad powiedział. Wyszedł markotny, czegoś strasznie płaczący, taki już do końca życia, a umarł niebawem, śmiechu i radości nie odzyskał.

Ludziom nic nie mówił, bo miał przez księdza zakazane, ale Maria Kirylejza, wtenczas pannica, zaprzyjaźniona z księżowską córką Sławką, wiedziała, co Michał powiedział kapłanowi.

- Dziad rzekł mu, że Zawadkę wpierw spalą obcy, a potem swoi kilka razy mordować będą. Z rodziny Klepczyka nikt już nie żyje, żeby to potwierdzić, a i Sławka też pewnie umarła; w czterdziestym szóstym wywieźli ją na Ukrainę. Ale wszystko, co dziad powiedział Klepczykowi, a Klepczyk księdzu, sprawdziło się co do joty.

Jak jedna rodzina

Stało tu niespełna pięćdziesiąt chałup, cmentarz, karczma, szkoła. Mieszkało ze trzy setki dusz, w większości Ukraińców, ale też Polaków i Żydów, jak od stuleci na bieszczadzkim pograniczu. Do pierwszej wojny nad potokiem były stawy rybne i pański dwór, stąd we wsi cerkiew, bo gdzie był dwór, musiał być i dom Boży.

- Ziemię uprawiali słabiutką, kamienistą - wspomina Maria Kirylejza. - Na targu w Sanoku albo w Bukowcu sprzedawali drewniane cebrzyki i łyżki. Biedowali, prawie każdy nosił pod szyją wole rozdętej tarczycy, bo w wodzie ze strumienia nie było jodu. Ale we wszystkich okolicznych wsiach wiedziano, a i moi rodzice mówili, że ci z Zawadki dobrzy ludzie, tak dobrzy, że aż rzadkość; kochają się jak jedna rodzina.

- Różnic między nimi nie było, czy Polak, czy Ukrainiec, czy Żyd, wszystko jedno, bo trzymali się razem, po łemkowsku gadali - dodaje Józef Żurat. - Spokojni, daleko od świata, nikomu nie wadzili, a w biedzie solidarni.

Od Mokrego jechało się do Zawadki w górę, błotnistą drogą wciśniętą w głęboki parów, zostawiając poniżej wsie rozsiadłe w dolinie Osławy. Trzeba było przekroczyć potok, spokojny nawet po silnych deszczach, więc mostek był niewielki, a potem znów ku górze, między chałupami, by zatrzymać się na granicy przepastnych lasów gęsto zarastających łagodne bieszczadzkie wierchy.


Za AK albo za Sowietów
Jedni powiadają, że nocą 1944 roku zszedł do wsi AK-owski oddział, a mieszkańcy Zawadki udzielili leśnym gościny. Mogło tak być, bo zawadkowskie lasy dla partyzantki wymarzone.

Inni twierdzą, że wokół wsi widziano oddziały partyzantki radzieckiej, a nawet szpicę Armii Czerwonej. To też mogła być prawda, bo to był czas, gdy Sowieci z całym impetem szli na zachód.

Jeszcze inni - że z tą komunistyczną partyzantką, z tą armią sowiecką to blaga, tylko ktoś z Niebieszczan poszedł z wymyślonym donosem i dlatego w Zawadce zjawili się Niemcy. Zgonili całą wieś na plac przed szkołą, już mieli wybrać kilku na rozstrzelanie, gdy przed ludzi wyszła kobieta, co znała jako tako niemiecki, i błagała, żeby nie zabijali, bo w Zawadce nigdy żadnych partyzantów nie było.

Niemiecki dowódca zamyślił się, zastanowił, pokrzyczał, kazał kilku chłopów obić dla przykładu, a ludzi pognać ze wsi precz. I żeby na przyszłość strach między nimi zaszczepić - chałupy puścił z dymem. Z całej wsi została cerkiew, szkoła, karczma i jedna chałupa. Zupełnie jak w przepowiedni dziada, który na Wielkanoc objawił się Klepczykowi.

- Bardzośmy wszyscy ubolewali nad zawadkowską tragedią - wspomina Maria Kirylejza. - Ale że dalej sprawdzi się wszystko to, co dziad Klepczykowi mówił, tośmy nie pomyśleli, bo to grzech śmiertelny tak okrutne myśli przywoływać.

Do 1946 roku w Zawadce nie zdążono odbudować chałup, ludzie mieszkali w szałasach i ziemiankach. Dlatego Ukraińska Powstańcza Armia obchodziła wieś z dala, wiedząc, że choć dobrze się skryć w okolicznych lasach, to w Zawadce nie dostaną ani dachu nad głową, ani wiktu, ani opierunku. I, podług znanych kartotek, nikt z Zawadki nie służył w UPA.


Gdy do oddziału doleciał płacz...
Rankiem 24 stycznia 1946 roku oddział Wojska Polskiego w sile 120 ludzi uzbrojonych w 12 karabinów maszynowych i dwa moździerze wszedł do Zawadki Morochowskiej. Mężczyźni uciekli do lasu, we wsi zostały tylko kobiety i dzieci.

- Wojsko niby szukało banderowców, ale po prawdzie to plądrowali chałupy, z dobytku brali co lepsze, kładli na furmanki, jeśli kto bronił swe- go, to strzelali i jechali dalej - wspo-mina Józef Żurat. - Wzięli Mokre, Morochów, poszli na Zawadkę. Nie wiedzieli, że w Lesie Bukowskim, powyżej wsi, stoi sotnia "Chrina".

Porucznik "Chrin" meldował majorowi "Renowi": "Kiedy do oddziału doleciał płacz i jęk katowanych kobiet, starców i dzieci, dowódca sotni, mimo przewagi liczebnej wroga, postanowił przyjść wsi z pomocą (...). Bój zakończył się o godz. 14 naszym zwycięstwem, a wróg wycofał się w kierunku wsi Niebieszczany. Straty wroga: 5 zabitych i 9 rannych. Straty własne: 1 zabity".

- "Chrin" rozegnał bojców - opowiada Żurat. - Ludzie z Mokrego, z Morochowa poszli na Zawadkę i odebrali, co swoje. To się wojsko zemściło.

Trzy dni później "Chrin" pisał: "Bandyci polscy po haniebnej dla nich porażce w dniu 24 I 46 r., zebrawszy około 5 kompanii Wojska Polskiego, 2 auta NKWD, kompanię Lachów z Niebieszczan i Poraża, zaatakowali Zawadkę Morochowską 25 I 46 r. o godz. 8 rano. Od strony lasu [wystawiono] silne posterunki, po czym żołnierze z szumowinami z Niebieszczan zaatakowali Zawadkę Morochowską tak nagle i bez jednego strzału, że w ciągu 10-20 minut wyrżnęli, dosłownie wyrżnęli 68 kobiet, dzieci i starców (...). Widok przerażający. Czegoś podobnego nie widziałem nigdy w życiu. Okrucieństwo gorsze niż w czasach Nerona albo Hunów (...). Nikt nie zdążył powiadomić nas o napadzie, gdyż został przeprowadzony po cichu. Moi żołnierze są oburzeni. Chociaż mam ich niewielu, byłem gotów pójść bić się do końca (...). Świadomy element domaga się odwetu".


Termin specjalnie naznaczony
Stefan Bończak z Zawadki, co dziś mieszka na skraju Mokrego, widział potyczkę sotni "Chrina" z 34. pułkiem piechoty. 25 stycznia szedł środkiem leśnego duktu przekonany, że nie spotka nikogo, bo upowcy przepadli gdzieś w górach, a wojsko pewnie liże rany po przegranym boju.

- Ide se drogą, patrze, a tu wojsko idzie lasem, jakby kto tutejszy ich skrótem prowadził. Zobaczyli mnie, a gdy doszedł ja do nich tak, jak stąd do płotu, jeden wyrwał się i pyta, czy banderowcy są we wsi. Ja, że nie ma, to on mi lufe karabinu nad oko przyłożył, sztuknął, uderzył, o tu, gdzie mam szrame. Zostawili mnie na drodze, a gdym sie podniósł i wrócił do Zawadki, było już po wszystkim.

Bończak patrzy przed siebie wyblakłymi, jakby niewidzącymi oczyma, po policzkach płyną mu łzy.

- Weszli do wsi, obstawili nas, obstąpili - rysuje na piasku trzonkiem motyki. - Jak do zwierzyny sie strzela, to są specjalnie naznaczone terminy; wiem, bo przyjeżdżają do mnie Niemcy na polowania. Nam nie dali nawet terminu, nas można było bić każdego dnia.


Pojedli i poszli
- Śniegu tamtego stycznia troszkę spadło - wspomina Maria Kirylejza z Mokrego - ale nie tak, jak zawsze. Byliśmy w domu: mamusia, brat, ja, babcia stara. Ojciec już nie żył. Najsamprzód trzymał wartę w Belwederze u marszałka Piłsudskiego, w trzydziestym dziewiątym walczył z Niemcami i z Ruskimi, a w czterdziestym czwartym, choć miał 49 lat, zabrali go do Armii Czerwonej; zginął w Tatrach, w wiosce Skrobosza. Tak siedzimy wokół stołu, a tu drzwi się otwierają, wchodzą żołnierze w białych kombinezonach, ubroczonych, jak po sali operacyjnej. Jaj nanieśli, kazali smażyć, jeszcze ukroić chleba i dać herbaty. Nic nie mówili, tylko jedli i jedli zakrwawionymi rękoma, a jak pojedli, to poszli. My cicho siedzieli, bo wojska nie trzeba było pytać ani się niczemu opierać. Aż przyszedł kto tutejszy i powiedział, co się stało.

Maria Kirylejza nie poszła do Zawadki Morochowskiej. Bała się, że nie zniesie widoku. Za to chodziła jej mama. Szła w górę, wracała, znów szła, jakby coś ją ciągnęło. Gdy zmęczona przysiadała w domu, mówiła, że napatrzyła się rzeczy straszniejszych niż biblijna zagłada Sodomy.

- Był w Zawadce Kirylejza Jan, pewnie daleka rodzina, dziesiąty kół w płocie - opowiada Maria. - Pojechał koniem do lasu, dlatego ocalał. Miał dwie córki, Kasię i Hanię, cudne dziewuchy, warkocze do łydek. Razem z matką stanęły przed żołnierzami, zasłaniając się świętym obrazem. Poprowadzili je na kupę gnoju i tam przebili.

Jan Kirylejza, gdy wrócił z lasu, dół im wykopał i gliną przysypał. W nocy przyśniła mu się żona; tak było, bo opowiadał o tym nawet po wielu latach. Zapytała z wyrzutem: - Czy ja u ciebie nie zarobiła na trumnę, tylko żebyś mi glinę między oczy sypał? Więc je następnego dnia wykopał, trumny zbił i osobno pochował.

Nic go już w spalonej wsi nie trzymało. Uciekał na Słowację, złapali go pogranicznicy, jako banderowiec siedział na zamku w Rzeszowie, a potem w obozie koncentracyjnym w Jaworznie. Pisał pamiętnik, ale gdy umarł, rodzina przejrzała dom za dolarami, a pamiętnika nie szukali, więc gdzieś się zapodział.

A potem dom się spalił.

- Jan gospodarny był, miał pasiekę, olejarnię, jak na Zawadkę zamożny, bo wtedy pszczoły miód jeszcze dawały - mówi Maria Kirylejza. - Nie wiedział, z której strony trzyma się karabin, z tej racji przed wojną do wojska go nie wzięli. Ale był za banderowca, bo mieszkał pod lasem.


Józiu, nie patrz na to

- U mojej stryjenki mieszkał na kwaterze Guzik Kazimierz, robotnik kopalniany - wspomina Józef Żurat. - Żeby dorobić, naprawiał zegarki i fotografował. "Chrin" kazał mu iść na Zawadkę robić zdjęcia pobitym. A ja pomagałem mu przy zdjęciach.

Przedpotopowym aparatem, na szklanych płytkach pokrytych światłoczułą substancją, Guzik sfotografował zniszczone szałasy i pomordowanych ludzi. Gdy wywoływał zdjęcia, trzynastoletni Józek biegał z płytkami na pole naświetlać szkło w promieniach słońca. Na szkle pojawiały się sceny, których nie chciałby nigdy zobaczyć. Wiele szczegółów wyparł z pamięci. Lecz niemal codziennie, jak natrętny koszmar, wraca utrwalony przez Guzika widok krzyżaka do cięcia drzewa. Na krzyżaku leży pień przecięty do połowy, a na obu końcach piły wiszą dwaj zastrzeleni mężczyzni; żołnierze zabili ich podczas pracy.

- Nie wiem, czemu akurat to zdjęcie mnie dręczy - opowiada. - Widziałem przecież rzeczy gorsze. Za każdym razem, gdy z naświetlonym szkłem biegłem z pola do chaty stryjenki, robotnik kopalniany Guzik krzyczał: Józiu, Józiu, ty się na to nie patrz.

I jeszcze jedno wspomnienie prześladuje Józefa Żurata. To swąd spalonych ciał wiszący nad Mokrem przez kilka dni, choć do Zawadki jest stamtąd dobre pięć kilometrów.


Gdyby wiedzieli, że jest Polakiem

"Biłas Kateryna, lat ok. 60 - była raniona, na ranną nakładli słomy, drzewa i spalili żywcem.

Kirylejza Maria, lat 41, urodzona i obywatelka Stanów Zjednoczonych Ameryki - 7 ran od bagnetu, u nóg połamane palce, prawa ręka w trzech miejscach złamana, oderżnięta prawa pierś, rozwalona głowa.

Kirylejza Anna, lat 16 - rozbita głowa, połamane ręce i nogi.

Kirylejza Kateryna, lat 15 - rozbita głowa, rana od bagnetu powyżej kolana.

Maksym Andrij, lat 70 - spalony żywcem.

Maksym Anastazja - lewa noga porżnięta po kolano i złamana wyżej kolana, prawa noga złamana w dwóch miejscach, połamane obydwie ręce, trzy rany od bagnetu w prawej piersi i pięć w lewej, rozcięty cały brzuch, rozbita głowa.

Maksym Anna, jednoroczne dziecko - rozpruty brzuch.

Maksym Kateryna, lat 4 - przekłute dwa razy bagnetem usta, dwie rany bagnetu w piersiach, rozpruty całkowicie brzuch.

Tomasz Kateryna - oderżnięte piersi, porżnięte nogi. Żyła jeszcze godzinę.

Złożyła zeznanie, że z wojskiem byli jeszcze cywilni bandyci, między którymi poznała niektórych z wioski Niebieszczany".

I tak dalej.

Lista zawiera 56 nazwisk, jest niepełna, niektórych ofiar nie udało się rozpoznać. Najczęściej powtarzane zwroty: "spalony żywcem", "rozpruty brzuch", "oderżnięty nos i język, wykłute oczy", "oderżnięte piersi", "połamane ręce i nogi".

A w relacjach spisanych przez partyzantów UPA, datowanych na lipiec 1946 roku, jest zeznanie Andrzeja Murajdy, zamieszkałego w Zawadce Morochowskiej: "W styczniu 1946 roku Wojsko Polskie spaliło naszą wieś i wymordowało mieszkańców. Mnie zamordowało żonę i czwórkę dzieci. Dwa miesiące temu wójt z Zagórza mianował mnie sołtysem. Przyszedłem do niego, podobnie jak inni mieszkańcy Zawadki, którym kazano się wówczas zgłosić. Wójt przeprosił mnie za to, że zamordowano mi rodzinę. Powiedział, że Wojsko Polskie zrobiło to tylko dlatego, iż nie wiedziało, że moja rodzina jest pochodzenia polskiego, a nie ukraińskiego. Gdyby wiedzieli, że pochodzę z polskiej rodziny, tak by się nie stało".


Virtuti Militari

Pacyfikacją Zawadki Morochowskiej dowodził pułkownik Stanisław Pluto, urodzony 25 lutego 1911 roku w Czapajewie w Witebskiej Obłasti, na sowieckiej Białorusi. W kilkanaście dni po pacyfikacji Zawadki generał Wojska Polskiego Józef Grażewicz wystąpił z wnioskiem o nadanie pułkownikowi orderu Virtuti Militari, najwyższego odznaczenia wojennego, przyznawanego za wybitne czyny wojenne i odwagę.

Pułkownik Pluto krzyża nie otrzymał; nie wypadało dawać orderu złodziejowi i aferzyście, a wyszło na jaw, że Pluto kradł, rabował, dopuszczał się malwersacji, handlował kradzionymi końmi i bydłem. Zamiast Virtuti dostał więc srebrny Krzyż Zasługi, został nawet dowódcą bieszczadzkiej grupy operacyjnej, a w sierpniu 1946 roku wyjechał do ZSRR. Ponoć na odesłanie Pluty wpłynęło stanowisko dowódców UPA, którzy ostrzegli, że jeśli pułkownik zostanie w Bieszczadach, wówczas każdy, nawet najbardziej krwawy i okrutny, odwet ukraiński będzie usprawiedliwiony.

Departament Personalny Wojska Polskiego na następcę Pluty zaproponował pułkownika Jana Gerharda, późniejszego autora "Łun w Bieszczadach", książki przez wszystkie dekady PRL wpisanej w kanon lektur szkolnych. W publikacjach Gerharda słowa "Ukrainiec", "upowiec" i "banderowiec" znaczyły to samo, co zwyrodniały, krwawy bandyta. "Jego smagła twarz nie rozpogadzała się nigdy - portretował postać dowódcy sotni. - Na wąskich wargach (...) przeciętych od dzieciństwa blizną nikt chyba nie widział uśmiechu. Oczami o szarym połysku zdawał się świdrować każdego, z kim rozmawiał, i mało było ludzi, którzy pod ciężarem tego wzroku nie czuliby się nieswojo. Hryń nie uznawał rozrywek (...) brał udział w tradycyjnych wsiowych bójkach, w których wyróżniał się rzadkim okrucieństwem. W czasie jednej z takich bójek rozpłatał siekierą głowę swemu ojczymowi".


Kąsał do uszkodzenia ciała

W Bieszczady słano specjalny typ oficerów. O pułkowniku Plucie wiadomo, że w żołnierskich papierach wpisywał, iż czuje się komunistą, Polakiem znającym biegle język, nadto dziennikarzem. Miał się za oficera z wojennym doświadczeniem; wszak zanim przybył w Bieszczady, zaszedł aż nad Nysę. W raportach władz cywilnych uchodził za człowieka, który wspiera "rabunek, pijatyki, rabowanie przedmiotów użytku domowego i płodów rolnych", a wszystko "zabiera bez pokwitowania i spisów na swoje potrzeby". Raporty UPA podkreślały, że Wojskiem Polskim dowodzą oficerowie sowieccy.

Kolegą Pluty z bieszczadzkich potyczek był Mikołaj Kiryluk, też pułkownik, też uważał się za Polaka i mówił po polsku. Dowodził 36. pułkiem tej samej 8. dywizji. Pisał o nim 2 stycznia 1946 roku do wojewody rzeszowskiego starosta powiatowy z Leska: "Od 15 września 1945 r. rozpoczął wyżej wymieniony akcję oczyszczającą od band banderowskich, w rezultacie której band tych nie pomniejszono z tego powodu, że bandy grupowały się po lasach, do których wojsko wcale nie dochodziło. Spalono jedynie kilka gromad ukraińskich, za które banderowcy spalili polskie i wymordowali kilkanaście osób polskich. (...) Ob. Kiryluk rozkazuje swoim podwładnym przyprowadzać sobie na kwaterę przymusowo dziewczęta miejscowe, celem rozpusty. Aresztowane kobiety każe sobie przyprowadzać na kwaterę (niby celem przesłuchania), a zmusza je pod groźbą rewolweru do spółkowania ze sobą. Ob. Kiryluk w dzień targowy na targu robi masowe łapanki na ludzi, aresztuje ich pod pretekstem banderowców, rozbija tym sposobem targi, trzyma ich w więzieniu, a następnie zwalnia za okupem. Ostatnio pobrał 25 tysięcy złotych z gromady Postołów. Podpalił ostatnio osobiście gospodarstwo w gromadzie Glinne, z którego uciekał przed nim jakiś człowiek. Okazało się, że również niewinny, a poczytał go pułkownik za banderowca i dlatego zniszczył jego warsztat pracy (...). Ostatnio w czasie spalenia gromady Mchawa w gminie Baligród - za zabicie dwóch żołnierzy polskich przez banderowców - spalono 40 gospodarstw ukraińskich. Ale za co spalono przy tym 14 gospodarstw polskich i zabito 5 Polaków, skoro Polacy byli zupełnie niewinni i stale przez banderowców prześladowani? (...) Wszystkie wyżej przytoczone fakty wywołują ogromne rozgoryczenie wśród ogółu, podkopują autorytet Wojska Polskiego, stwarzają nieufność ludzi do wojska i nienawiść, budują reakcję i bandy".

A w postscriptum starosta dodaje: "Po podpisaniu niniejszego aktu zgłosił się do tutejszego starostwa sołtys gromady Nowosiółki, Stanisław Lechit, Polak, ze swoją kilkunastoletnią córką, z następującym zażaleniem na pułkownika Kiryluka. Do domu wyżej wymienionego wpadł pułkownik z rewolwerem w ręku i zaczął gwałcić jego córkę. Dziewczyna broniąc się została uderzona przez napastnika rewolwerem w głowę. Wyrwawszy mu się jednak z rąk, wybiegła na podwórze, gdzie ją dopędził i dalej włóczył po dziedzińcu. Wyrwawszy się powtórnie zdołała uciec. Następnie pułkownik wrócił z powrotem do mieszkania i zrabował sołtysowi 1300 złotych. W drugim wypadku dzwonił znowuż z Baligrodu do tutejszego starostwa w dniu dzisiejszym lekarz Kuźmak o ratowanie jego córki, którą porwał pułkownik Kiryluk z jego domu w kierunku Leska. W trzecim wypadku doszło teraz do wiadomości tutejszego starostwa, że przed paru dniami pułkownik przywiózł jakąś panią z Rymanowa, którą gwałcąc u siebie na kwaterze pokąsał do uszkodzenia ciała".

Tak jak na Kiryluka donosił starosta leski, na Plutę donosił Gerhard. Informował przełożonych, że tylko ten podoba się pułkownikowi, kto morduje, rabuje, podpala: "kto przyniósł mu z akcji skóry itp., ten miał medal i urlop. Tak brzmi ogólne zdanie oficerów i żołnierzy".

Zaś o Gerhardzie niech opowiedzą "Łuny w Bieszczadach" i pisane pod pseudonimem Tadeusz Narbutowicz teksty w "Przekroju". W reportażu "Na tropach banderowców" pisał o Ukraińcach: "to są tchórze i do tego podli tchórze. Ten cały ich nacjonalizm to nędzny płaszczyk, pretekst do bandytyzmu. Właściwie jest to grupa byłych SS-manów, gestapowców i policjantów ukraińskich, poszukiwanych jako zbrodniarze wojenni, która kryje się w górach i napada tylko na niewinną ludność cywilną dla zdobycia żywności. Musimy ich wyszukiwać po górach i wygniatać jak pluskwy (...). Natłukliśmy tego ścierwa niemało, ale też całą noc trwała zabawa".

Reportaż zilustrowano zdjęciem. Przedstawia żołnierzy idących luźną watahą; za ich plecami płomienie właśnie ogarniają drewniane chałupy, ze strzech zaczynają podnosić się kłęby czarnego dymu. Podpis głosi, że żołnierze wchodzą do osady spalonej przez UPA, choć na zdjęciu widać wyraźnie, że wychodzą ze wsi, którą dopiero co zaczynają trawić płomienie, a więc - że to oni musieli ją podpalić.

Gdy po latach - Gerhard pracował wówczas w Polskiej Agencji Prasowej - koledzy mówili: "Panie Janku, może w tych Bieszczadach nie było całkiem tak, jak pan pisał", rzucał się z pięściami.


Została tylko cerkiew

28 marca 1946 roku 34. pułk piechoty jeszcze raz zaatakował Zawadkę Morochowską. Tych, którym nie udało się uciec, zagnano na plac przed szkołą. Oficer Wojska Polskiego krzyczał: "Wystrzelam wszystkich do nogi za to, że nie chcecie wyjeżdżać do Związku Sowieckiego, a zamiast tego politykujecie z banderowcami i chcecie budować swoją Samostijną Ukrainę". Żołnierze wybrali jedenastu mężczyzn i rozstrzelali na oczach zebranych, spalili siedem ocalałych po pierwszej akcji szałasów, zrabowali ostatnie dwie krowy i jedynego konia.

13 kwietnia wojsko znów przyszło do Zawadki. Z broszury "Krwawym szlakiem stalinowskiej demokracji", wydanej po ukraińsku, polsku, czesku, słowacku, angielsku i francusku w podziemnej drukarni UPA w 1946 roku: "Zobaczywszy swoich czerwonych katów, ludność zaczęła uciekać, kto tylko mógł. Za uciekającymi posypały się strzały karabinów maszynowych i automatów. Kogo złapali, bili do zgonu lub strzelali (...). Zostały pobite wszystkie kobiety, które nie zdołały uciec i wpadły w ręce polsko-bolszewickich oprawców. Tak samo, bez wyjątków pobito dzieci. Żołnierze spalili szałasy, które mieszkańcy zbudowali sobie od czasu ostatniego napadu. Spalili również i szkołę".

Tym razem zabito sześć osób; Stefan Bończak stracił starszego brata. Gdy żołnierze wchodzili do wsi, chłopak stał przy ulach. Zobaczył mundury, rzucił się do ucieczki prosto na strzelca schowanego w krzakach. Trafiony w nogi leżał na ziemi. Rozstrzaskali mu głowę kamieniem.

30 kwietnia "wielkie ilości wojska otoczyły wioskę ze wszystkich stron, żeby nikt nie mógł uciekać. Potem wypędzili przemocą resztę ludności na dworzec kolejowy w Zagórzu. Tak bohatersko walczyła przez długi czas z przemocą polskiego czerwonego wojska uboga, wielokrotnie spalona i zrabowana przez Niemców i polskich bolszewików łemkowska wieś Zawadka Morochowska".

Tragedię Zawadki Morochowskiej ukraińskie podziemie porównywało do hitlerowskiej rozprawy z czeską wsią Lidice. Wieś zniknęła z powierzchni ziemi w czerwcu 1942 roku, całkowicie zniszczona w odwecie za pomoc udzieloną czeskim komandosom przerzuconym z Wielkiej Brytanii, którzy w Pradze dokonali zamachu na Reinharda Heydricha, protektora Czech i Moraw. Mężczyzn z Lidic, którzy ukończyli 15 lat, rozstrzelano. Kobiety wywieziono do obozu koncentracyjnego Ravensbrueck, a dzieci do Niemiec.

Z Zawadki została tylko murowana cerkiew. Rozebrano ją w latach pięćdziesiątych.


Dwie procesje Gdzie płasko, tam był dom

Jechaliśmy ku górze, pół stojąc, pół siedząc na pogiętych błotnikach trzydziestoletniego traktora. Silnik wył, zdarte koła ślizgały się w rudym błocie, a brzuchaty wąsacz Ryszard Kochanowski, przewodniczący Społecznego Komitetu Upamiętnienia Wsi Zawadka Morochowska, robotnik rolny na bezrobociu, co i raz przekrzykiwał wycie starych tłoków i plusk rozmiękłej gliny: - K..., panie, jak wychylim się na bok, to, k..., nie bój się pan, że się wywalim, i nie skacz, bo się błotem, k..., upaprzesz.

A gdy wyjechaliśmy stromym parowem na świeżo zazieleniony grzbiet, zobaczyłem, że prawdę mówią w Mokrem o urodzie doliny, gdzie kiedyś była Zawadka: spokojny potok, łagodne wzgórza, kwiaty na zdziczałych jabłonkach. Tylko las zszedł niżej, młody, ledwie czterdziestoletni; las, który w Bieszczadach wdziera się wszędzie, gdzie ludzie zarzucili pola. Tam, gdzie zbocze wypłaszczone w niewielkie tarasy, stały kiedyś drewniane chałupy. Kamienne podmurówki można zobaczyć tylko wczesną wiosną, gdy natura jeszcze śpi, ale śnieg już spłynął.

Brodziliśmy w wysokiej trawie porastającej cmentarz. Na miejscu dawnej cerkwi Ryszard Kochanowski wystawił największy na całym cmentarzu krzyż ze stalowych rurek, pomalowany czarną farbą, żeby za bardzo nie rdzewiał. Krzyże stoją na trzech zbiorowych mogiłach; najstarszy postawił również Kochanowski, jeszcze za komuny, na tysiąclecie chrztu Rusi.

Jest mniejszy krzyż na grobie żony i córek Jana Kirylejzy; jedynej rodzinnej mogile na zawadkowskim cmentarzu, którą dziś można roze- znać. Oraz w kącie, między chaszczami, kędy dawniej pewnie biegł cmentarny płot. Tam leży upowiec, zabity przez wojsko tuż przed ostatnią pacyfikacją Zawadki.

Siedliśmy na betonowych krawężnikach, Żurat i Kochanowski wpatrzeni w nagrobek upamiętniający mord, świeżo wyzwolony z drewnianej formy, ledwie do jednej trzeciej pokryty płytkami z piaskowca. Na wieńczącym go krzyżu brakowało drugiej poprzeczki.

- Będzie poprzeczka, bo ma być, jak się należy - mówił Kochanowski do Żurata. A do mnie: - Gdy zawadkowską cerkiew rozebrali, jechał taki jeden z blachą z cerkiewnego dachu. Zamgliło mu oczy, runął w przepaść; ani blachy, ani traktora, ani człowieka. A gdy z cerkwi w Wysoczanach zrobili owczarnię, to przyszła wielka woda, zabrała i owce, i pastuchów. Znaczy się - pyta, gniotąc czapkę ściągniętą z głowy - jest Bóg czy Go nie ma? Jest! Nie pozwoli pomordowanych zapomnieć.

Siedzieliśmy zadumani, bo taki jest nastrój tego miejsca. Zza lasu wyj-rzały ciemne, burzowe chmury.

- K..., panie, k... go mać, skąd w ludziach taka nienawiść, żeby kobietę, co zasłaniała dzieci obrazem Panienki, bagnetem przebić? - Kochanowski znów ściągnął czapkę z siwej głowy. - Najgorzej, jak brat brata bije, tak jak my siebie bili nawzajem.

Pociągnął nosem, odwrócił się, a gdy znów spojrzał na mnie, zobaczyłem łzy błyszczące w zachodzącym słońcu.


Sprawiedliwości nie wykołacze
Rodzinę Józefa Żurata wywieziono z Bieszczad na Mazury w 1947 roku w ramach akcji "Wisła". Wrócili po jedenastu latach do starej, drewnianej chałupy. Domu stryjenki, gdzie mieszkał robotnik kopalniany Kazimierz Guzik, który sfotografował Zawadkę, już nie było. Wokół pustka, bo tutejszych Polaków było niewielu, osadników jeszcze nie przywieziono, a Ukraińcy dopiero zaczynali wracać. Pamięć dawnych czasów skrzętnie skrywana; nawet najbliżsi nie po-ruszali między sobą takich tematów.

- Dziś to aż dziwne, żeśmy żyli w takim strachu i milczeniu - zamyśla się Żurat. - Bo żeby my, Ukraińce, byli nawiezione, obce. Ale my tu siedzieli od stuleci, te wioski jeszcze na prawie wołoskim zakładane.

Lecz w tamtym Mokrem Józef Żurat chyba nie czuł się najlepiej, skoro raz pobywał w Bieszczadach, raz na Mazurach, gdzie w Baniach Mazurskich uczył ukraińskiego w szkole podstawowej.

Stefana Bończaka wywieziono w Olsztyńskie, ale wspominać tego nie będzie, bo najgorszemu wrogowi nie winszuje takiego życia, jak on wtedy żył. Co do urzędu zaszedł, co chciał jakiejś pomocy, urzędnik zagadywał: "ty z akcji >Wisła

Bończak wrócił w Bieszczady w 1958 roku. Majątku niósł tyle, co w zawiązanej chuście. Nie przyszedł do Zawadki, bo nie było do czego. Na skraju umarłej wsi, gdzie łąka dotyka potoku, wystawił sobie barak. Zimą marzł, za to wiosną mógł patrzeć na gęste kępy niezapominajek i żółtych kaczeńców.

W Mokrem nie miał ani rodziny, ani gruntu. Jadł kartofle, popijał wodą ze studni. Dziś stary chłop, ale jak o tym pomyśli, to miękko mu się robi na sercu. Trzy lata chodził do powiatu o zgodę na pobudowanie prawdziwej chałupy. Nie dawali i nie dawali, aż zniecierpliwiony architekt powiatowy poradził, żeby Bończak stawiał na grandę. I choć teraz mieszka w nowym, murowanym domu, tamta chałupa jeszcze stoi. Dla pamięci.

Ryszard Kochanowski urodził się dzień po masakrze w Zawadce. O tamtych czasach wie tyle, co opowiadała mamusia. Ludzie przerażeni wojną odganiali jego matkę od kryjówek, bo zmarznięte niemowlę mogło zapłakać, krzykiem wrogów sprowadzić. Tak tułali się od sioła do sioła, więc Kochanowski uważa, że też poczuł na własnej skórze powojenny terror.

Najostrzejsze wspomnienie ma z czasów, gdy w Mokrem ojciec poszedł do miejscowego sekretarza (- Był z polskich komunistów, co do Francji przed sanacją zwiali, we wojnę wino w Paryżu pił), żeby mu dał działkę pod budowę domu.

- W czterdziestym czwartym ojca wzięli do Armii Czerwonej, był ciężko ranny, krzyży nazbierał. Już chciał je pokazać sekretarzowi, kiedy ten krzyknął: gdybyś szlak bojowy przeszedł, miałbyś krzyż, lecz brzozowy. Ojciec się wściekł, nogę od krzesła urwał, sekretarza nabił, aż ubecy się zlecieli. Mnie jeden uderzył pałką tak, że pękły portki, a pod portkami skóra na dupie; tyle lat minęło, a ja ciągle mam czerwoną pręgę. A tatusia wzięli do kozy.

Kochanowski wie, że wtedy tatuś nie dostał działki pod budowę, za to on dostał pałą w dupę, bo byli u sekretarza jako Ukraińcy. Lecz mówi: - Ja obywatel polski jestem, w wojsku służył i przysięgał na wierność. Do cerkwi chodzę, ale pieśni po polsku też zaśpiewam, świętuję greckie i łacińskie święta. Ludzi podług świąt, wiary i mowy dzielić nie będę. A takich, co dzielą, mam tam, gdzie czerwoną pręgę.

Lecz żeby nie wyglądało, że Ryszard Kochanowski tylko użala się na władzę, co Ukraińca wolała zbić, niż mu dać, zaraz skrupulatnie zaznacza, że potem odznaczyli go jeszcze krzyżem zasługi za pracę w ochotniczej straży pożarnej w Mokrem.




A gdy się nad sobą bardziej zafrasuje, pomyśli, że pewnie dostałby więcej, może nawet jaki medal w wojsku, bo służył pilnie. Jeno naturę ma krewką, prędki w słowach i do awantury skory. Zupełnie jak tatuś.

- Ja, panie, 15 lat byłem za brygadzistę w pegeerze, ciężką recydywę miałem pod sobą za robotników. A to czaju im przynieś, a to szlugów do palenia, samogonu. Jak nie chcieli robić, to koła traktorów widłami przebijali, kładli się pod przyczepy, śmiali w nos, wołali, żeby im baby załatwić. Więc żeby mieć jaki szacunek, żeby mnie uważali bardziej od ścierki, musiałem być gorszy niż oni, kląć i rugać, żeby recydywie w buty poszło. I tak mi, panie, k..., zostało.

Lecz gdy tylko wspomni o Zawadce, czapkę z głowy ściąga i choć klnie, to twarz ma tak smutną i współczującą, jakby mord oglądał na własne oczy, choć go nawet wtedy na świecie nie było.


Elektryczność, dom strażaka, przepusty
Lekko nie było, bo okolica biedna i przez los doświadczona, nadto Mokre wieś w większości ukraińska, a takich wsi władza szczególnie nie rozpieszczała. Choć minęły już lata od walk polsko-ukraińskich i akcji "Wisła", to jeszcze w bieszczadzkich polskich domach powiadano, żeby wieczorem do lasu nie chodzić, bo upowcy porwą, nie daj Bóg zabiją. Jedyna radość, że z wygnania wrócili do siebie.

Zapadło im w głowach, że jeśli zbiorą się do kupy, mogą zdziałać wiele dobrego. - Ja, panie, od czternastego roku życia społecznie robię, najsamprzód za operatora motopompy w straży pożarnej, a potem wszystko, co się należało - mówi Ryszard Kochanowski. - Inne chłopy tak samo.

Chcieli we wsi palić światło elektryczne, więc dali z gromadzkiego lasu drzewo na słupy, a gdy na powrót zwieźli je do wsi po impregnacji w tartaku, sami wykopali doły i ustawili słupy równo przy drodze. Wystawili dom strażaka zaraz koło sklepu; już była sala na zabawy, wesela, przyjęcia, choć za często ich nie robili, bo milicja zgody nie dawała; był odgórny zakaz, żeby Ukraińcom nie pozwalać zbierać się do kupy. Położyli asfalt. Pobudowali przepusty na potokach niosących wodę ku Osławie, żeby podczas wiosennych roztopów nie zalewało im pól. Grosza nie wzięli, bo robili u siebie.

- U nas we wsi zawsze była polityka taka, żeby robić, co się należy, bo niczego nam nie dadzą - mówi Kochanowski. - Potrzebny był szkole nowy dach, to zwołali my zebranie i uradzili dać 70 kubików drewna z gromadzkiego lasu. Tak ze wszystkim, choć kiedyś ludzie bardziej garnęli się ku robocie niż teraz.

Tylko o zamordowanej Zawadce nie mogli wtedy mówić na głos ani słowa. I z czasem przyzwyczaili się. Czuli, że coś ich uwiera, lecz nie umieli tego nazwać.


Dach uratował pop
W Mokrem nie było kościoła. Więc jedni chodzili aż do Komańczy, do cerkwi, a gdy w początku lat sześćdziesiątych cerkiew nakazano zamknąć, to w łacińskiej świątyni ksiądz odprawiał po grecku, choć grecko-katolicki obrządek jako część ukraińskiej identyfikacji narodowej miał być całkowicie wyrugowany. Drudzy do Morochowa, do starej cerkwi parafialnej, pod którą podlegała Zawadka. Zrazu przyjeżdżali tam na zmianę ksiądz greckokatolicki i łacinnik, ale łacinnik pieniądze z tacy do kieszeni chował, a cerkiewnym budynkiem nie interesował się wcale. Ciekł dach, jeszcze parę zim więcej, a nie byłoby czego zbierać. Miarka przebrała się, gdy ksiądz łaciń- ski zażądał dla siebie mszy we wszystkie niedziele w miesiącu. Ludzie przegnali go i poszli szukać sprawiedli-wości.

- Byli my u naszego ukraińskiego księdza w Komańczy, żeby w Morochowie parafię greckokatolicką na powrót otworzyć - opowiada Józef Żurat. - Ale ksiądz nie dostał zgody od łacińskiego proboszcza z Poraża, któremu podlegał. Więc zajechalim do Sanoka, do prawosławnej parafii, ze stu podpisami, jak nakazywało prawo. Od sześćdziesiątego trzeciego jest prawosławna cerkiew w Morochowie. Gdyby nie przyszedł do nas prawosławny pop, choć my tu wszyscy do jego przyjścia byli grekokatolicy, cerkiew już dawno by się zawaliła.


Bóg pomaga, polityka szkodzi
Nie uratowaliby, być może, morochowskiej cerkwi, ale pewnie ocaliliby zgodę. Bo gdy setka grekokatolików przyjęła prawosławie, za nimi poszła garść innych, ale ci, którzy modlili się w komanieckim kościele, patrzyli na przechrztów jak na odszczepieńców. Nie tak, żeby pogruchotać jedność społeczności (ciągle wspólnie budowali przepusty na potokach, lali asfalt na drodze, stawiali dom strażaka), ale zaczęli mówić o sobie rzeczy, których wcześniej nie odważyliby się nawet pomyśleć.

Prawosławni tłumaczyli: - Żal było domu Bożego, nasze dzieci tam chrzczone, jeszcze przed wojną chodziliśmy na msze do Morochowa, więc zmieniliśmy wyznanie, żeby cerkiew ratować. Najwyższy widzi, że odmianę podjęliśmy nie dla własnej korzyści.

Lecz dla tych, którzy zostali przy grekokatolicyzmie, prawosławni to byli zdrajcy. Woleli nawet posyłać dzieci na rzymskokatolicką religię do odległego o siedem kilometrów Poraża, choć prawosławni wytykali, że dzieci uczyły się wierzyć po polsku i potem nawet nie umiały się spowiadać.

Prawosławni mówili o grekokatolikach - Polacy.

Grekokatolicy o prawosławnych - Ruscy, Moskale.

Prawosławni - że słowo katolik pochodzi od kata, a księża katoliccy niosą w jednym ręku krzyż, a w drugim nóż.

Katolicy - że prawosławni to nadgorliwi neofici, którzy jak sekciarze uważają, że nawet ich woda święcona jest lepsza i tylko oni posiedli tajemnicę zbawienia.

Prawosławni widzieli w grekokatolikach niedowiarków, którzy w kościele szukają nie Boga, lecz polityki, i to w czasach, gdy tylko Bóg mógł dopomóc, a polityka - przede wszystkim zaszkodzić. Zresztą - myśleli - tak miało być na wiek wieków, że jak kto Ukrainiec, niech zapomni o wierze ojców, patrzy nie dalej własnego nosa i nie wychyla się, bo z tego tylko nieszczęście i frasunek.

Ale byli i tacy, jak Stefan Bończak, co w duszy zostali grekokatolikami, lecz do łacińskiego kościoła chodzić nie mogli, bo przeszkadzał inny obrządek i inny język modlitwy. A nade wszystko uwierała pamięć - w końcu to Polacy, więc rzymscy katolicy, zabili Zawadkę.

Lecz tak najpewniej - szło o dusze i o pieniądze. Obie parafie ubogie, każda złotówka z tacy warta tyle, ile gdzie indziej pięć złotych, a jeszcze mienie parafialne - nie wiadomo, komu powinno się dostać. Zawadka należała do Morochowa, więc ziemia pod rozebraną zawadkowską cerkwią, cerkiewne łąki, cmentarz winien być po staremu dla Morochowa, czyli dla prawosławnych. Lecz z drugiej strony, jeśli baczyć, jak było po staremu, to w Zawadce, póki istniała, zawsze siedzieli grekokatolicy, od których nic się prawosławnym nie należało.


Doniósł grekokatolik na prawosławnego
- Ksiądz Jerzy Krysiak pierwszego roku nie poszedł, drugiego też chyba nie, ale trzeciego z pewnością, dobrze pamiętam, bo żem z nim szedł - opowiada Józef Żurat, jeden z setki tych, którzy pojechali do Sanoka prosić o prawosławną parafię. - Starał się u władzy o zgodę, żeby móc odprawiać na Zawadce. Nie dali, więc tylko dwie procesje poszły z morochowskiej cerkwi bez zgody: jedna uroczysta, z chorągwiami, śpiewem, ikoną procesyjną. A w następnym roku już cicho, chyłkiem przez góry, żeby złego nie kusić.

Po drugiej procesji władza chciała księdza Krysiaka zamknąć w kryminale. Ludzie do Zawadki chodzili ukradkiem, niby w pole, za krowami na łąki albo do lasu na jagody. A gdy nikt nie widział, na trzech kopczykach zbiorowych mogił zapalali świeczki. Tak szli na panichidy albo na święto Śleponarodzonego sześć tygodni po Wielkiejnocy, w dawny, zawadkowski odpust. Bez rozgłosu, tylko z modlitwą. Razem z prawosławnymi grekokatolicy, jedni i drudzy rozżaleni, że idą z inną wiarą, lecz przecież modlitwa w Zawadce ważniejsza od różnicy wiar.

Zmieniło się, gdy w końcu lat osiemdziesiątych grekokatolicy zaczęli wychodzić z niebytu, a szczególnie - gdy za pieniądze kanadyjskiej, amerykańskiej, nawet australijskiej emigracji stanęła w Mokrem katolicka cerkiew wschodniego obrządku. Pop w Morochowie obawiał się, że ludzie powrócą do starej wiary i ubędzie mu dusz (dziesięć rodzin przeszło na powrót na grekokatolicyzm), że przepadnie parafia, choć liczyła już sobie trzy dziesiątki lat. Na dodatek złośliwi komentowali, że u księdza Krysiaka, Białorusina, który nie pojmuje Ukraińców, żona i dużo dzieci, więc przeraził się, że z tacy nie starczy mu na życie, i dlatego broni swoim parafianom wspólnych modłów przy zawadkowskich mogiłach. Zaś ukraiński ksiądz Jan Pipka, który przyjeżdża odprawiać do Mokrego, choć bardziej skłonny puścić w niepamięć, że prawosławni zabraniali grekokatolikom modlić się w zabranych cerkwiach, lubił przypominać, jak strasznie się dziwi, że prawosławni chylą czoło przed greckokatolickimi ofiarami zawadkowskiego mordu, a z żywymi ekumenizmu nie chcą.

Ksiądz Krysiak mówił, że jeśli Bóg jest jeden, to tylko jedna, prawosławna wiara jest depozytariuszką Prawdy. Pobici w Zawadce byli z tutejszej parafii, a skoro parafia zmieniła wiarę, to pobici należą do niego.

Zaś ksiądz Pipka ironicznie - żeby prawosławni nie czuli się jak złodzieje, dlatego że w Bieszczadach, w Przemyskiem, przejęli kilkadziesiąt greckokatolickich cerkwi. Niech tylko choć parę zwrócą w imię pojednania. I uznają, że w Zawadce zabili grekokatolików.

I tak, rok w rok, szły ku Zawadce dwie procesje, jedna od Morochowa, druga od Mokrego. Z tymi samymi świętymi księgami, obrządkiem i językiem liturgii, bywało, że w to samo święto, lecz sobie obce, nieledwie wrogie, zamknięte w codziennie rozdrapywanych urazach.

A kiedy ksiądz Krysiak postanowił wystawić na zawadkowskim cmentarzu prawosławną kaplicę, nie pytając grekokatolików o zgodę, ktoś - zapewne grekokatolik - doniósł do władzy. Kaplica nie stanęła, bo nie zgodziła się gmina.

Lecz wtedy swary nagle przycichły, bo i prawosławni, i grekokatolicy, wespół, choć ciągle osobno, pomyśleli, że władza nie dała zgody na kaplicę (dla jednych to była dobra decyzja, dla drugich - zła, lecz liczył się przede wszystkim motyw), żeby Ukraińcom dokuczyć.

I zapomnieć o mordzie w Zawadce.


Sprawa się nie ukryje
Lecz nadszedł okres zły do zapominania.

- Była w Zawadce rodzina Biłasów; siedmioro ich zabili w czas pacyfikacji - opowiada Józef Żurat. - Ewa, którą pchnęli bagnetem w plecy, trzymała na rękach syna, jeszcze niemowlę. Jak upadła, dziecko sobą przykryła, dlatego ocalało. Gdy ludzie zbierali trupy do mogił, znaleźli dziecko, wyziębione, odmrożone, ale odratowali, wzięli do Mokrego. Mikołaj znalazł przybranych rodziców, chował się między nami. W latach 70. ciotka ściągnęła go do Francji. Czy bał się, czy wahał, czy chciał zapomnieć, nie wiem, bo dopiero w 1987 roku napisał do paryskiej "Kultury" parę zdań, jak Wojsko Polskie wymordowało Zawadkę.

Gdy notkę z "Kultury" przedrukował miesięcznik "Połoniny", a brat cudem uratowanego Mikołaja Włodzimierz Biłas złożył zawiadomienie o masakrze w rzeszowskiej okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, wiadomo było, że sprawa się nie ukryje.

Ostatnia Wigilia PRL-u

W roku 1988 kuratorium zesłało Danutę Łagódkę w Bieszczady. Ani się pchała w ten zapomniany koniec Polski, ani orientowała, co zastanie na miejscu. Pomorzanka z urodzenia i wychowania została dyrektorką szkoły podstawowej w Mokrem. Pierwszy raz zetknęła się z sytuacją, gdy w jednej klasie dzieci mówiły dwoma językami. - W szkole uczyliśmy ukraińskiego - wspomina - ale żeby coś więcej, to nic. Pobyłam trochę we wsi, porozmawiałam z ludźmi i poczułam, jak nad Mokrem wisi strach, niewypowiedziany, lecz obecny w każdym domu.

Z pozoru była to normalna wieś. Po zabawie w remizie pijane chłopaki lały się po mordach, dziewuchy piszczały, a starzy wspominali, że za ich czasów było jeszcze huczniej i weselej. Siano zbierano, odstawiano mleko do zlewni. Z zespołu folklorystycznego, który w stanie wojennym wyjechał z występami za ocean, nie wróciło kilkunastu tancerzy. Ktoś wystał w gminnej spółdzielni lodówkę i kolorowy telewizor, a ktoś inny wystarał się o talon na ciągnik. Kłócili się, żenili, rodzili, umierali. I tylko ani publicznie, ani w domowym zaciszu nie mówili głośno, co przeżyli. Dlatego dziś przyjeżdżają do Mokrego ludzie z pobliskiego Zagórza lub z Leska i mówią: - Mieszkamy tak blisko, a nic żeśmy nie wiedzieli.

- Szła Wigilia osiemdziesiątego ósmego - opowiada Danuta Łagódka - moi uczniowie organizowali przedświąteczny opłatek dla rodziców. Poprosiłam ich, żeby przygotowali coś po ukraińsku. Z początku nie chcieli, bali się, pytali: po co?; widać nikt im wcześniej tego nie proponował. Ale kilku zgodziło się, przygotowało króciutki program, kilkanaście minut, raptem dwie, trzy kolędy. I na tę ukraińską część zeszło się ze wsi mnóstwo ludzi: starych, pamiętających tamte czasy, ale też młodszych, urodzonych po wojnie. Śpiewaliśmy razem; przecież nasze kolędy różnią się tylko słowami, a jak się dobrze wsłuchać, to wszystko się rozumie.

Szkoła śpiewała, a Danuta Łagódka czuła, jak taje wieloletni strach, który wisiał jak ciężki kamień nad mieszkańcami Mokrego, Morochowa, Morochowicy. Jest pewna, że w przeddzień ostatniej Wigilii PRL-u jej ukraińscy sąsiedzi pierwszy raz od wojny przestali się bać.


Werdykt prokurator Solarewicz Nagrobek za trzy stówki
Pomnik będzie wedle projektu członków komitetu: betonowy cokół, fuga między płytkami jasnego piaskowca albo jasna, albo czarna; o to się jeszcze spierają. Dwie tablice: po polsku i po ukraińsku (władze w Warszawie, gdy wydały zgodę na nagrobek, nie omieszkały napomnieć, żeby treść napisu ukraińskiego była dokładnie taka sama jak polskiego). Na cokole żadnych tryzubów, tylko krzyż. Wokół pomnika szara i czerwona kostka, żeby jesienią i na roztopy, gdy cmentarna ziemia zamienia się w błotne bajoro, można było przyklęknąć.

- We wsi my uzbierali trzy stówki, to i płytki kupilim - opowiada Kochanowski. - Reszta to nasze chęci.

Gdy grodzili dawny cmentarz grubym łańcuchem kupionym w zbankrutowanych zakładach w pobliskiej Rzepedzi (rozpięli go na słupkach z metalowych rurek, które wyprosili przy zamkniętym szybie naftowym), natknęli się na kamień graniczny; znak, że gmina sprzedała ziemię z jedną zbiorową mogiłą. To ogrodzili i sprzedane, bo ziemia, w której leżą kości niewinnie pomordowanych, święta. Godzi się ją ustrzec przed wypasem albo uprawą.

- Wzięli my nie swoje, ale nie dla siebie - mówi Kochanowski. - Pan Bóg widzi - zdziera czapkę baseballówkę - grzechu u nas nie ma.

I nie byłoby w nich rozgoryczenia, choć dopiero po tylu latach mogą oddać cześć pomordowanym, gdyby nie werdykt prokurator Hanny Solarewicz z rzeszowskiej Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu zawieszający śledztwo w sprawie mordu w Zawadce.

- Gdy sobie o tym myślę - wyznaje Józef Żurat - to mi się czasem widzi, że nic się w naszej Polsce nie zmieniło, a dla Ukraińców nie będzie tu nigdy sprawiedliwości.


Nie można jednoznacznie ustalić
Śledztwo w sprawie Zawadki ciągnęło się przez kilka lat. W październiku 1997 roku zostało zawieszone. Prokurator Hanna Solarewicz stwierdziła, że "w oparciu o istniejący materiał dowodowy nie można w jednoznaczny sposób ustalić przebiegu tragicznych wydarzeń we wsi Zawadka Morochowska".

Prokurator Solarewicz próbowała odtworzyć przebieg masakry. W decyzji o zawieszeniu śledztwa pisze, że polscy "żołnierze rozpytywali o członków bandy ukraińskiej. Przerażeni mieszkańcy zaczęli uciekać. Żołnierze zaczęli strzelać do uciekających i ukrywających się (...). W trakcie tej akcji żołnierze palili budynki mieszkalne i zabudowania gospodarcze. Zabierali bydło".

W piśmie prokurator Solarewicz nie ma odpowiedzi na pytanie, co tak bardzo przestraszyło mieszkańców Zawadki, że woleli uciekać, niż rozmawiać z żołnierzami, oraz - co uprawnia żołnierzy do strzelania do uciekających cywili. Postanowienie cytuje materiały archiwalne zgromadzone w Wojskowym Instytucie Historycznym: "Na podstawie przeprowadzonego w dniach 18-21 stycznia 1946 r. rozpoznania przez zwiad 34. pułku piechoty stwierdzono istnienie dużego zgrupowania banderowskiego (ok. 800 ludzi) pod dowództwem >Rena<". Pisze o bitwie z sotnią "Chrina" 24 stycznia 1946 roku i przytacza obraz Zawadki Morochowskiej przyniesiony przez żołnierzy: "Podczas akcji stwierdzono, że we wszystkich domach wsi są powstawiane dwupiętrowe łóżka, w stajniach i stodołach dużo koni wierzchowych. Z chwilą ukazania się wojska naszego na tamtych terenach, wszyscy mężczyźni z miejscowości Morochów, Mokre, Czaszyn, Zawadka Morochowska zostali zmobilizowani przez banderowców (...). W toku śledztwa ustalono, że przed wkroczeniem wojsk radzieckich do wsi Zawadka w miesiącu lipcu 1944 r. wojska niemieckie przeprowadziły pacyfikację wsi".

Czy wiarygodne są wojskowe dokumenty dotyczące Ukraińskiej Powstańczej Armii i akcji Wojska Polskiego w Bieszczadach? Niektóre tak, inne nie. Czy można uwierzyć w meldunki opisujące bitwy (daty bitew pokrywają się często z datami pacyfikacji wsi): "zabiliśmy 100 bandytów bez strat własnych", "zabiliśmy 106 banderowców, jeńców nie braliśmy, straty własne: 1 zabity"? Generał Wojska Polskiego Ostap Steca w raporcie z kontroli zwalczania ukraińskiego podziemia (24 lutego 1946 r.) stwierdza: "liczebność podziemia ukraińskiego jest zawyżona przynajmniej o 70 proc., a wiele oddziałów, które prowadzi się u nas w ewidencji, stosownie do nadsyłanych materiałów, w rzeczywistości - nie ma! Wszystko to bujda".


Sami sobie winni

Najbardziej boli - to czuje się w Mokrem - że decyzja o zawieszeniu śledztwa sugeruje między wierszami, że mieszkańcy Zawadki byli sami sobie winni, bo wspierali UPA. I to, że ponoć nie można ustalić, jak było.

- Jak można uwierzyć, że w zawadkowskich domach stały dwupiętrowe łóżka, a w stajniach było dużo koni, skoro ani domów, ani stajni we wsi nie było, tylko ziemianki i proste szałasy? - pyta Maria Kirylejza.

- Jak można pisać, że wszyscy mężczyźni w okolicy byli zmobilizowani przez UPA, skoro wielu wcielono do Armii Czerwonej? - pyta Józef Żurat. - Tylko z Mokrego Rosjanie wzięli 67 chłopa, z czego 15 nigdy nie wróciło. Wojsko politykę miało taką, żeby się wykazać. Czy zabili banderowca, czy cywila, zawsze wpisywali, że banderowca. Gdy wchodzili do wsi, pytali, gdzie się chowa UPA. Powiedziałeś, była szansa, że zostawią w spokoju. Mówiłeś, że nie wiesz, torturowali, bili.

Jeszcze przed zamordowaniem Zawadki wojsko weszło do chałupy Żuratów. Żołnierze rozejrzeli się wokół, brali wszystko, co im się nadało. Babka nieboszczka miała na nogach długie, wiązane buty; kupiła je w dwudziestym ósmym, więc Żurat myśli, że wojsko wpadło pewnie w niedzielę, bo w zwykły dzień babka tych butów nie zakładała. Gdy kazali zdjąć, strasznie się opierała. Więc oficer zapytał: - Wolisz buty babuniu czy synkowe życie?

- Ja nie wiem, czy którego z nich skrzywdzono na Wołyniu, czy wcześniej coś od Ukraińców wycierpiał; czy on, czy jego najbliżsi - mówi Żurat. - Ale to było bandyctwo w mundurach.


Opowieści z Wołynia
Być może Józef Żurat ma rację. 34. pułk piechoty, który zamordował Zawadkę Morochowską, był formowany w okolicach wołyńskiego Żytomierza, również z ludzi, którzy widzieli lub słyszeli o akcjach UPA zmierzających do usunięcia ludności polskiej z Wołynia.

Odbywało się to według schema- tu przypominającego pacyfikacje hitlerowskie - nakaz opuszczenia wsi, po którym, jeśli nie skutkował, następowała akcja wojskowa: podpalanie zabudowań, grabieże, okrutne mordy. Wprawdzie pierwszy skład 34. pułku został zdemobilizowany grubo przed pacyfikacją Zawadki (na miejsce starych żołnierzy przyszli nowi z Poznańskiego, Łódzkiego, Białostockiego), lecz wołyńskie opowieści przetrwały; w końcu antypolskie działania UPA były rap- tem trzy lata wcześniej, krwawe lato 1943 roku, kiedy tylko w lipcu 300 razy zaatakowano polskie wsie, nie było tak odległe.

Józef Żurat ma rację również wtedy, gdy mówi o "bandyctwie w mundurach". Raporty cywilne i wojskowe pełne są informacji o grabieżach i mordach, które "zrażały do nowej władzy mieszkańców Bieszczad". Sztab Generalny Wojska Polskiego słał w Bieszczady komisje, które miały ukrócić samowolę żołdaków.

Lecz - przede wszystkim - usprawnić akcję wysiedlania Ukraińców na Wschód. Szef Sztabu generał Stefan Mossor stanowczo nakazywał realizować plan wyrzucania Ukraińców. 34. pułk, zamiast wysiedlać 150 rodzin dziennie, dochodził raptem do 50. Wedle generała wojsko, które rabuje, nie może sprawnie wysiedlać.


Podchodzę z wielką ostrożnością
Hanna Solarewicz uważa, że w sprawie Zawadki nie miała wyboru. Jeśli prokurator natyka się na trudne do usunięcia przeszkody, musi śledztwo zawiesić. - Z relacji świadków wynika, że wieś po raz pierwszy spacyfikowali Niemcy. Wysłałam prośbę do federalnego archiwum o stosowne dokumenty. Dlatego śledztwo jest zawieszone.

- Tu chodzi o pacyfikację dokonaną przez Wojsko Polskie. Podczas niemieckiej - twierdzą świadkowie - nikogo nie zamordowano - przytaczam zdanie mieszkańców Mokrego.

- A wie pan, że jeden z moich świadków mówi co innego. Muszę sprawdzić, kiedy zginęli mieszkańcy Zawadki: w 1944 czy w 1946 roku. Muszę ustalić, kto zginął w pierwszej pacyfikacji. Niemcy to bardzo skrupulatny naród, na pewno to spisali. - Ludzie pamiętający tamten mord są bardzo rozżaleni pani decyzją. - Prowadzę sprawy, w których poszkodowani są zawsze bardzo rozżaleni. Na przykład Polacy, którym UB łamało palce, a nie ma na to dokumentów. Nie zaprzeczam, że była taka pacyfikacja. Lecz według mojego rozeznania wynika, że zginęło sześć osób.

- Jaką wartość mają dla pani dokumenty Ukraińskiej Powstańczej Armii?

- Jeśli są wiarygodne, nie podważam... ale... wie pan... W innej ukraińskiej sprawie miałam zeznanie kobiety, która z pamięci wyrecytowała nazwiska 50 zabitych. Potem okazało się, że ktoś z jej listy mieszka w Kanadzie. Dlatego podchodzę do sprawy z ogromną ostrożnością.


Co zrobić ze "śledztwem w sprawie"?
W początku 1997 roku poseł Mirosław Czech wystąpił z pismem do Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu: "Do mojego biura wpłynęła prośba o pomoc w ustaleniu faktów związanych z przestępstwami popełnianymi w latach 1941-1947 na szkodę obywateli polskich narodowości ukraińskiej (...). W związku z powyższym zwracam się do Głównej Komisji z następującymi pytaniami. Czy przedstawione fakty miały miejsce i czy stały się one przedmiotem postępowania wyjaśniającego".

Na liście przestępstw była również tragedia Zawadki.

Odpowiedź nadeszła po dwóch miesiącach: "Okręgowa Komisja w Rzeszowie prowadzi śledztwa (...) w sprawie zamordowania w dniu 24.01.1946 r. we wsi Zawadka Morochowska około 21 do 66 osób". W piśmie podkreślono, że "postępowania te wymagają dużego nakładu pracy tak, iż nie przewiduje się ich szybkiego zakończenia".

Poseł Czech mówi, że w żadnej ze spraw, o które pytał, nie chodzi mu o skazanie sprawców, co może być już niemożliwe. Zależy mu na uznaniu krzywd i zadośćuczynieniu. - Składałem interpelację w sprawie ukraińskiej więźniarki stalinowskiego obozu w Jaworznie; jako osoba represjonowana ma, w moim odczuciu, prawo do rekompensaty - opowiada. - Miała wówczas 13 lat, trafiła do Jaworzna z akcji "Wisła". Tymczasem dostała z prokuratury pismo, że będzie przesłuchiwana na okoliczność "ukraińskich zbrodni na narodzie polskim".

Mirosław Czech powiada, że i Ukraińcy, i Polacy mają wobec siebie wiele ciężkich przewin oraz że najnowsza historia obu narodów jest tkanką tak delikatną, że bardzo łatwo o zadanie bólu.

Ale - odnosi wrażenie - opóźnia- nie, odraczanie, zawieszanie śledztw wynika z faktu, że dotyczą Ukraińców:

- Wydaje się, że gdyby dotyczyły zbrodni popełnionych na Polakach, postępowania przebiegałyby o wiele żwawiej.


Przyjdzie zabić kurę
Wszystko już było na dobrej drodze: cmentarz w Zawadce ogrodzony, krzyże wystawione.

Warszawa dała zgodę na tablice na obelisku.

A i między Ukraińcami nastała większa zgoda i zrozumienie niż kiedyś.

Tak dobrze szło, gdyby nie ta decyzja, że w śledztwie nie można nic ustalić. Jak nadeszła, siadywał Józef Żurat, prawosławny, pod obrazem Papieża w domu Marii Kirylejzy, grekokatoliczki, i mówił: - Trzeba takie rzeczy wyciągać, żeby w przyszłości się nie powtórzyło.

- Ty se mów, a ja zdrów - odpowiadała.

Gdy chwilę pomilczeli, zagajała Kirylejza: - Człowiekowi przyjdzie zabić kurę, kaczkę, to nie sprawi mu przyjemności. A w Zawadce... Pan Bóg tak nie każe.

Na to Żurat: - Bijesz z potrzeby, ale choć na zabicie chowasz, to się przywiążesz. Ale żeby człowiek człowieka.

Ona: - Wojskowy był katolik i chłop był katolik, a taka nienawiść.

On: - Uczył się dziesięciu przykazań Bożych, zanim wziął karabin. Ale zapomniał.

Ona: - Zapomniał.

A gdy znów na chwilę zagłębili się we własne myśli, tak siedząc pod papieskim portretem, Kirylejza pytała: - Czy dla nas na tym świecie będzie sprawiedliwość?

Na to Józef Żurat: - Nie będzie.

I Maria się z nim zgadzała.

O niczym innym wtenczas we wsi nie rozmawiano.


Lekcja historii

Wedle Danuty Łagódki, dyrektorki szkoły, gdzieś zniknęła obecna od kilku lat radość, że doczekali czasów, gdy mogą mówić o własnych krzywdach. Nie tak, by wsie leżące opodal Zawadki znów ścisnęła obręcz strachu, ale jednak stało się coś złego. Wprawdzie nikt do szkoły nie przychodził na skargę, nikt nie pomstował w głos, ale takie rozżalenie po prostu się czuje.

- Gdy w szkole nadchodzi godzina religii, ksiądz łaciński bierze swoją trzódkę, grecki - swoją, prawosławny - swoją, każdy naucza, jak uważa za słuszne, i nigdy nie było z tym problemów - opowiada. - Dzieci nie urągają sobie od Ukraińców albo od Polaków, od Moskali; nawet nie muszę tego specjalnie pilnować. Ci, co chcą, uczą się ukraińskiego. A na lekcji historii, od jakiegoś już czasu, pani wspomina o mordzie w Zawadce.

Po werdykcie prokurator Solarewicz jeden z rodziców doniósł do dyrektor Łagódki, że nauczycielka opowiadająca o Zawadce zażądała na lekcji, by Polacy przeprosili Ukraińców za bestialstwo. Donos na złe zachowanie nauczycielki trafił do gminnego wydziału oświaty.

Danuta Łagódka odpytała dzieci; okazało się, że pani mówiła o Zawadce tak jak zawsze.

- Tu ludzie chcą tylko, by uznać ich prawo do cierpienia i wspomnieć ich krzywdy zadane w majestacie państwa.


Hospody pomyłuj

Szli od Mokrego i od Morochowa. Przy przejeździe kolejowym krzyknęli do siebie "Sława Christu", pokłonili się wzajem chorągwiami, zmieszali; obok księdza Pipki stanął ksiądz Felenczak, Ukrainiec spod Gorlic, który nastał dwa lata temu na prawosławnej parafii. Chorągwie łopotały, unosił się zapach kadzidła, dziewczyny w eleganckich sukienkach i w butach na wysokich obcasach niosły w specjalnej lektyce procesyjną ikonę, która, obok niewielkiego krzyża i Ewangelii, ocalała z zawadkowskiej cerkwi. Upał, kurz, procesja, do której wąskimi strumykami dopływają ludzie z mijanych gospodarstw, wspina się suchym parowem między łąkami, żółtosinymi, jak ukraińska flaga, od kaczeńców i niezapominajek. Ciężkie szaty księży, złote komże ministrantów, marynarki, białe bluzki; choć to tylko odpust Śleponarodzonego, ustanowiony na pamiątkę dnia, kiedy Chrystus przywrócił wzrok niewidomemu, a wygląda jak największe święto.

Stają między zbiorowymi mogiłami, pod pomnikiem z tablicą "Cześć pamięci ofiarom totalitarnego systemu", żegnają się trzy razy, chylą głowy: Hospody pomyłuj. Stefan Bończak prowadzi księdza z kropidłem w miejsca, gdzie kiedyś były groby jego rodziny, i do mogiły matki i dwóch córek przebitych bagnetami na kupie gnoju, i do miejsca spoczynku upowca, który poległ gdzieś w tutejszych lasach, żeby w ten dzień żaden grób nie został bez poświęcenia.

Śpiewają, modlą się, palą świece. Wspominają. Ksiądz Pipka mówi o Kainowym mordzie, bo w Zawadce brat zabijał brata, o czasach, gdy nad mogiłami wisiała cisza, a między Ukraińców wkradła się złość i niechęć, podsycana - tego jest pewien - przez kogoś z zewnątrz.

- Kiedyś przychodziliśmy tu osobno, potem nauczyliśmy się chodzić razem, a dziś umiemy wspólnie się modlić. Musimy to robić. Bo gdyby dalej stała tu wieś, wówczas wieś modliłaby się za pomordowanych. Zawadki nie ma, więc jeśli my ich nie uczcimy, kto zrobi to za nas?


Gazeta Wyborcza, 02.10.1998.
WERSJA W J.UKRAIŃSKIM
do góry ↑
WERSJA W J.ANGIELSKIM
do góry ↑

 
do góry ↑
VIDEO


Na tę chwilę brak jest w bazie video do danego artykułu.

 
do góry ↑
Fotografie
„Kliknij” na miniaturke by zobaczyc zdjęcia w galerii.


Na tę chwilę brak jest w bazie zdjęć
powiązanych z niniejszym artykułem.

 
do góry ↑
Pliki


Na tę chwilę brak jest w bazie plików powiązanych z niniejszym artykułem.





















„Człowiek pozbawiony korzeni, staje się tułaczem...”
„Людина, яку позбавили коренів стає світовим вигнанцем...”
„A person, who has had their roots taken away, becomes a banished exile...”

Home   |   FUNDACJIA   |   PROJEKTY   |   Z ŻYCIA FUNDACJI   |   PUBLICYSTYKA   |   NOWOŚCI   |   WSPARCIE   |   KONTAKT
Fundacja Losy Niezapomniane. Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2009 - 2017

stat4u

Liczba odwiedzin:
Число заходжень:
637 932
Dziś:
Днесь:
84