Home FUNDACJA PROJEKTY Z ŻYCIA FUNDACJI PUBLICYSTYKA NOWOŚCI WSPARCIE KONTAKT
PUBLICYSTYKA
cień
Wersja: PL UA EN
Publicystyka - Zdaniem Historyków i Publicystów
cień
W tej części zamieszczamy, naszym zdaniem, najlepsze i najbardziej obiektywne prace historyków i publicystów na temat historii i dnia dzisiejszego Ukraińców w Polsce.
[wersja w j.polskim] [wersja українська] [wersja english] [video] [fotografie] [pliki]
Data artykułu: 2018-02-16
WERSJA W J.POLSKIM

"Daleko do Mozoliwki"

(życie Grzegorza Komaryńskiego)

Roman Kryk

Przepisana z nagrania wideo rozmowa z Hryhorijem Komaryńskim, który urodził się w 1921 r. w Mądzelówce w ówczesnym województwie tarnopolskim, a po wojnie został na emigracji w Monachium. Był w polskim i sowieckim więzieniu, wybuch wojny w 1939 r. został go w więzieniu w Płocku. Członek OUN(b) od 17 roku życia.

Urodziłem się w niewielkiej miejscowości Mozoliwka [Mądzelówka], powiat Podhajce, województwo Tarnopol. Wioska niewielka. Początkowo trudno było orzec, czy to była wieś kulturalna, ale później stała się bardzo kulturalna, gdyż już w latach 1937-38 działała tam niepełna szkoła średnia, 7-klasowa. Była to duża szkoła z wieloma nauczycielami.

Przyszedłem na świat 13 marca 1921 r. Gdy miałem 3 lata, umarł ojciec. Było czworo dzieci, wychowywała nas mama. Byłem najmłodszy, pewnie dlatego martwiła się o mnie najbardziej.

Nasza rodzina należała do średniozamożnego chłopstwa. Ojciec był aktywnym działaczem społecznym. Mój stryjek był w Strzelcach Siczowych i musiał uciekać, przebywał w Czechach. Później, gdy był już emigrantem w Niemczech, bardzo dużo opowiadał mi o ojcu. Gdy byłem małym chłopcem nie interesowałem się tym, coż, miałem trzy lata, gdy umarł ojciec, w ogóle go nie pamiętałem. O ojcu napisano nawet w książce, poświęconej Mądzelówce i wydanej we Lwowie, ponieważ on był działaczem społecznym.

W Mądzelówce była czytelnia Kaczkowskiego [T-wo im. Michała Kaczkowskiego]. To była moskalofilska czytelnia. Niestety, nasz ksiądz Tomowicz popierał to. Ojciec razem z innymi wynajęli prywatnie pokój koło tej czytelni i otworzyli czytelnię „Proswity” [T-wo „Proswita” im. Tarasa Szewczenki]. Z tego powodu powstał poważny konflikt, no bo ksiądz był przeciwko temu, chciał, żeby czytelnia Kaczkowskiego się rozwijała, a tu pojawiła się „Proswita”. Wtedy powstał silny ruch: jeździli do Lwowa, do konsystorza ze skargami na księdza, i w końcu, około roku 1920, zabrali go do Lwowa. Przysłali nowego księdza, Kmicikiewicza. Problem został rozwiązany, ale umarł ojciec. Nowy ksiądz był żonaty, miał rodzinę, był dosyć wzorcowym duchownym.

Panieńskie nazwisko mojej mamy – Ciapa. To była liczna rodzina, były trzy dziewczynki i trójka chłopców. Babcię po mamie jeszcze pamiętam, miała 99 lat, gdy umierała. Jedna z sióstr wyjechała do Ameryki, potem wróciła i umarła na gruźlicę. Inna wyszła za mąż i wyjechała do sąsiedniej wioski. Brat Andrzej był aktywnym działaczem społecznym, Hnat nie był taki aktywny, a najmłodszy – Dozio, zginął w wojsku bolszewickim. Wzięli go z poboru i przepadł bez śladu. Jego żona żyła jeszcze długo, gdy znalazłem się w Monasterzyskach, to rozmawiałem z nią. Bardzo zamartwiała się z powodu losu męża.

Życie miałem – jak to na wsi. Jako chłopski syn musiałem, jak wszyscy inni, paść krowy i chodzić do szkoły (niektórzy tu na emigracji mówią, że byli wielkimi paniskami i nie musieli czegoś takiego robić). Siódmą klasę ukończyłem w rodzinnej wsi. Dalej poszedłem do liceum w Podhajcach, ale z finansami było ciężko... Mama sama, czworo dzieci. Musiałem więc rzucić szkołę. Ale społecznie, jako młody chłopiec, mimo wszystko się udzielałem. Już w wieku 16 lat wciągnęli mnie do Młodzieżówki [Junactwa] OUN. Tak więc, byłem w Młodzieżówce. A już w 1937 r. zostałem członkiem OUN. W tym czasie OUN była jeszcze monolitem, Konowalec był Prowidnykiem. Jak się znalazłem w OUN... Najpierw dawali mi książki, na tej podstawie widzieli, że mnie to interesuje, a potem sondowali mnie, czy zgodziłbym się, i tak poszło, krok za krokiem...

Gdy mnie przyjmowali do Młodzieżówki OUN – przysięgi nie było. Po sąsiedzku mieliśmy wieś Hołhocze, bardzo duża miejscowość, zresztą do dziś taką jest. Tam znajdowała się siedziba rejonu [rejonowy prowid]. W Mądzelówce wychownicy przyjmowali mnie do Młodzieżówki, oni byli starsi ode mnie. Wtedy nie składałem przysięgi. Ale w 1937 r. – to już tak. Musiałem nauczyć się na pamięć Dekalogu, znać wszystkie reguły. Ale na rewolwer nie przysięgałem. Z jakiegoś powodu rewolweru nie było. Na ogół przysięgę się składało na rewolwer, kładli rewolwer i przysięgali. Nie wszędzie jednak tak było, zwróciłem na to uwagę już później. Gdy składaliśmy przysięgę, to było nas trzech, najmłodsi, i wszyscy z Mądzelówki. Jeden był starszy ode mnie o rok. Przysięgę składaliśmy na wierność Ukrainie i Organizacji. Dziś nie mogę już dokładnie odtworzyć tej chwili, mam tylko obraz w głowie. Widzę nas wszystkich trzech... Dekalog musiałem znać jak „Ojcze nasz”. Na pierwszym miejscu tam było: „Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz walcząc o nie”. Jak by nie było, to już 70 lat minęło...

Być może gdzieś odnotowywali fakt naszego członkowstwa w OUN, ale nikt o tym nie wiedział. Organizowali nas w trójki i piątki. Trójka stanowiła jednostkę. Nie wolno było nikomu tego zdradzić. Starsi byli organizowani w piątki, to też była jednostka, i tak samo, nikt poza nimi nie mógł o tym wiedzieć. Na przykład mój brat też należał do Organizacji, ale wtedy nie wiedziałem o tym. I on o mnie też nie wiedział. Mama podejrzewała, że brat należy. O mnie nie wiedziała. Brat nie raz wracał nad ranem cały mokry, mama pytała, a on odpowiadał: „Co to mamę interesuje”, tłumaczył, że jej to nie dotyczy. Taka więc była trójkowa jednostka.

Chodziliśmy w teren bardzo często, zbiórki były w nocy. Organizowaliśmy sobie ćwiczenia z atrapami karabinów. Ćwiczyliśmy, maszerowaliśmy, gimnastykowaliśmy się. Był w tym niewielki fragment musztry wojskowej. Zbiórki mieliśmy głównie latem, zimą rzadziej i tylko po domach. A latem wyłącznie w terenie, głównie wtedy, gdy na polach stało wysokie zboże, bo u nas w okolicy lasów nie było.

W 1939 r. polska policja zauważyła, że w wiosce coś się dzieje. Zrobili rewizję u starszego członka OUN, miał on syna, który też był w Organizacji, ale oni o sobie nie wiedzieli. Znaleźli „Surmę”. To była podziemna gazeta, drukowana za granicą. Wzięli i starego, i młodego. Jak się potem okazało, młody nie wytrzymał i sypnął. Zaaresztowali 8 osób, starszych i młodszych. Byłem wśród nich jednym z najmłodszych. Na policji w Podhajcach trzymali nas 48 godzin. Potem odesłali do więzienia w Bereżanach. Wszystkich nas rozdzielili, każdy siedział oddzielnie.

W Bereżanach razem ze mną siedziało 8 osób. Porównując polskie i bolszewickie więzienie (bo siedziałem w jednym i drugim), to polskie było jak sanatorium! Mieliśmy podwójne piętrowe łóżka, cela była duża, jedzenie normalne – no, umrzeć nie można było. Polska policja w trakcie przesłuchań zachowywała się dosyć przyzwoicie, choć mordobicie też było, bili rękoma, wszędzie, także kopali. Ale nie było to takie straszne, żeby nie można było wytrzymać. W Bereżanach nas trzymali 2-3 miesiące. Pytali kogo znam, odpowiadałem, że nikogo.

Polskie więzienie było dla nas niczym uniwersytet. No bo tam siedzieli sami Ukraińcy, wśród których byli ludzie z wyższym wykształceniem, i oni organizowali nam szkolenia, dosłownie. Był taki Lewicki, skazany na 20 lat. Mieli go przewieźć do Lwowa na jakąś rozprawę, gdzie miał wystąpić w roli świadka. Z jakiegoś powodu czasowo dali go do Bereżan. Siedział z nami miesiąc. W tym czasie wykładał nam historię, opowiadał o OUN, wszyscy go słuchaliśmy. Potem pojechał do Lwowa, a gdy wracał... W Bożykowie... Gdy pociąg jechał między Potutorami i Podhajcami, to zawsze mocno zwalniał, gdyż tam torowisko się wznosiło, Lewicki poprosił, żeby go zaprowadzili do toalety, tam zdołał wyskoczyć przez okno i uciekł. Wybuchła straszna afera. Już go nie znaleźli. Najwyraźniej był z kimś dogadany. W więzieniu nie stanowi to problemu. Każdy z nas znał język gestów; można też było „porozmawiać” stukając. Język gestów znałem doskonale. Na przykład. Litera O – wskazujesz na oko, litera Z – wskazujesz na zęby itd.

W Bereżanach siedzieliśmy do procesu. Skazali wszystkich: jednemu dali 7, innemu 5 lat. Mnie, jako najmłodszemu, i jeszcze jednemu chłopakowi dali rok więzienia i na 5 lat pozbawili praw publicznych. Karę więzienia dostałem za to, że byłem członkiem OUN, a ta była nielegalna w Polsce.

Posiedzieliśmy sobie jeszcze 2 tygodnie, a potem zebrali wszystkich młodych, którzy znajdowali się w bereżańskim więzieniu. Nazbierało się około 10. W nocy nas przewieźli do Lwowa na Brygidki. Lubili robić to w nocy. Jechaliśmy pociągiem w oddzielnym wagonie. Do Brygidek przywieźli również chłopaków z innych więzień. W naszej celi były gdzieś 22 osoby. Przyjechaliśmy do Lwowa około 4 nad ranem, a o 7 trzeba było wstawać, bo robili zbiórkę na apel. Przychodził przodownik i odbierał apel.

Wsadzili nas do celi, w której okno było naprzeciwko innego. Stamtąd od razu poprosili, abyśmy powiedzieli coś o sobie. Powiedzieliśmy więc, że jesteśmy polityczni, a w celi sama młodzież. Alfabetem nam przekazali, że oni prowadzą protest i na apelu zachowują milczenie. To ich sprzeciw w związku ze znęcaniem się nad więźniami w Brygidkach. Po 10 minutach, z góry na nitce, przekazano nam informację, że oni solidaryzują się z innymi więźniami i proszą nas o to samo.

Wchodzą do celi, witają się, a my – nic. Jeszcze raz: „Dzień dobry”, a my milczymy. Następnie występuje starszy w naszej grupie i po ukraińsku mówi o solidarności więźniów, że sprzeciwiamy się torturom. Wyprowadzili na korytarz – i dawaj go w obroty! Ten krzyczy. Puścili. Znowu do nas przychodzą: „Dzień dobry!”. Nie odpowiadamy. Biorą na korytarz następnego. Nadeszła moja kolej (bo już uformowała się kolejka). Tak samo nie odpowiadam, no bo solidarność. Mnie już nie wzięli na korytarz. I tak już zostało, rozmawialiśmy wyłącznie po ukraińsku, oni „dzień dobry”, a my – „dobrydeń”.

Siedzieliśmy tam miesiąc. Cela była jak okropieństwo jakieś, strasznie brudna. A najbardziej dały nam w kość wszy, które łaziły po suficie. Gdy nas przywieźli odnieśliśmy wrażenie, że przed nami nikogo tam nie było, gdy zdjęliśmy krzyż, to pod nim było pełno wszy. Niektórzy bardzo cierpieli, spali na stole (stół był tam duży, bo i cela była duża), bardzo ich gryzły. Wszy gryzły i całe ciało puchło. Cierpieli nie wszyscy, ale 3 osoby miały całe ciała w ranach, tak ich gryzły. Mnie i jeszcze kilku – nie gryzły. Dopiero przed wyjazdem tak mnie pogryzły, że cały spuchłem. Ogłosili, że nazajutrz wyjeżdżamy, wszyscy z naszej, i niektórzy z innych cel. No a dalej wszystkich nas, około 50 młodziutkich chłopców, zapakowali do wagonów i przywieźli do Warszawy.

Jesteśmy w Warszawie. Czekamy na załadunek do innego pociągu. Podeszli i zwrócili się do nas po polsku. Odpowiadamy po ukraińsku, tłumaczymy, że zgodnie z konstytucją mamy do tego prawo. Mówią, że jesteśmy w Warszawie, w stolicy! Odpowiadamy, że konstytucja obowiązuje wszędzie. Trzymali nas około 8 godzin. Nie ustąpiliśmy. W końcu przyszedł człowiek z UNR [Ukraińska Republika Ludowa], w Warszawie było sporo oficerów z czasów UNR. No więc ten pułkownik po ukraińsku nam tłumaczy: „Chłopcy, wszyscy znacie polski, jesteście w stolicy Polski, oni tu nie znają ukraińskiego. Na dodatek wszyscy wiedzą, że wy znacie polski. Dlatego, chcecie tego czy nie, powinniście odpowiadać po polsku”. I wtedy się poddaliśmy.

Odpuściliśmy... Nakarmili nas, załadowali do innego pociągu i przywieźli do Płocka. Tam nas rozdzielili. Wieźli nas w oddzielnym wagonie, wszyscy byli zakuci w kajdany. Gdy nie byliśmy w pociągu, to zakuwali po dwóch, a w pociągu – po ośmiu, był jeden łańcuch dla wszystkich (pośrodku był łańcuch i cała ósemka była do niego przykuta). To był specjalny wagon do przewożenia więźniów.

W Płocku nas rozmieścili w 4-osobowych celach. Tu też były piętrowe dwuosobowe łóżka. Cela bardzo mała, łóżka stały obok siebie tak blisko, że z trudem można było przejść. I tak sobie siedzieliśmy... Mieliśmy dostęp do polskich gazet, dlatego z grubsza rozumieliśmy co się dzieje w świecie. Tak siedzieliśmy około 2.5 miesiąca.

Pewnego razu słyszymy – jakieś hałasy, coś się dzieje, jakieś syreny, coś trąbi, jakieś sygnały. O co chodzi – nie wiemy, ponieważ jesteśmy w celi i nie mamy okienka, żeby wyjrzeć. W jakimś momencie doszło do nas, że spadają bomby. Nasłuchujemy, co tam na korytarzu... Nikt do nas nie przychodzi. Jeden dzień nie dają jeść, drugi... Słyszymy jakieś krzyki na korytarzach. Wówczas we czterech wzięliśmy ławę i dawaj walić w drzwi! Wybiliśmy je. A było to duże, znane więzienie, tam jeszcze siedzieli austriaccy więźniowie, którzy mieli długie wyroki. Wyszliśmy na korytarz – nikogo nie ma. Co robić? Na sobie mieliśmy cywilne ubrania. Coś trzeba wymyślić. Poszliśmy wszyscy do kancelarii, a tam każdemu wydają małą czerwoną karteczkę z pieczątką, – potwierdzenie, że dana osoba została zwolniona z więzienia. Pobraliśmy te karteczki. To były nasze jedyne dokumenty. Rozdzieliliśmy się, ja byłem w 8-osobowej grupie. Dokąd iść? Zdecydowaliśmy, że na Warszawę. Szliśmy drogą. Terenu nie znaliśmy, pytaliśmy ludzi i nam wskazywali kierunek. Tam to już po polsku rozmawialiśmy, żeby się nie wydać... Na drodze było dużo ludzi, uciekało wojsko, coś
strasznego co się tam działo! Gdy zaczęli zrzucać bomby, rozbiegliśmy się, i już nas zostało tylko czterech. W takiej grupie doszliśmy do Warszawy.

Panował okropny głód. Prosiliśmy ludzi o jedzenie, ktoś dawał, ktoś odmawiał. Warszawa była po bombardowaniu. W odległości około 500 metrów od nas spadła bomba. Powstał ogromny lej. Gdy to zobaczyliśmy, zdecydowaliśmy, że trzeba jak najszybciej opuścić miasto. W pośpiechu czwórką wyszliśmy z Warszawy.

Postanowiliśmy iść do Lwowa. Za Warszawą złapaliśmy kierunek. Idziemy. Nocowaliśmy w polu, nie było innej możliwości. Pewnego razu pojawiły się samoloty i zaczęły zrzucać bomby, nieduże, na cywilnych, a my w kartoflisku: rozbiegliśmy się w popłochu. W ten sposób zostało nas już tylko dwóch.

Szliśmy dalej. I znowu bombardowanie. Zostałem sam.

Przez cały czas na drodze było dużo ludzi, uciekali cywilni, ale przede wszystkim uciekało wojsko. Podczas marszu czasem udawało się znaleźć chleb, moczyliśmy go w wodzie i zjadaliśmy. Zbieraliśmy też jabłka, bo to już przecież była jesień, ale one tylko wzmagały odczucie głodu. W takich warunkach wędrowałem.

Zaszedłem do jednego Polaka, do, jak my ich nazywaliśmy – "mazura". Był biedny, miał tylko kozę, nawet krowy nie miał, mieszkał na uboczu. Z tego powodu, że miałem niedobre buty, moje stopy krwawiły. Poprosiłem o nocleg. Zgodził się. Posłał mnie do stajni, do kozy, ale ja i tak byłem zadowolony. Muszę zaznaczyć, że ten człowiek uszył mi z płótna łapcie, dzięki temu mogłem kontynuować wędrówkę.

Doszedłem do jakiegoś pociągu, który miał jechać na Wołyń. Wsiadłem i dojechałem do Toporowa. Wtedy do mnie doszło, że to już blisko granicy, że byłoby nierozsądnie jechać dalej. Wysiadłem, a tam ludzie rozmawiają już po ukraińsku. Pod wieczór dotarłem do jakiejś wioski, patrzę – stoi koło 50 osób i coś omawiają. A wojna w tym czasie już dobiegała końca. Podszedłem i witam się po ukraińsku: „Dobry wieczór, dobry wieczór" itd... Pytam, czy dałoby się gdzieś przenocować. W jednej chwili wszyscy się rozeszli. Został jeden gospodarz. Inni bez słowa po prostu poszli sobie. Temu gospodarzowi nic nie pozostawało, bo został sam, nie wypadało... Zabrał mnie do stodoły. Spałem na słomie niczym nie przykryty. Położyłem się w ubraniu, tak jak jak stałem, aż tu nagle widzę – mój gospodarz lezie ne górę, z kosą. Nic to...

Zasnąłem, dobrze pospałem, wstałem ok. godziny 10. Wtedy już poszła gadka z gospodarzem. Mówi mi, że ludzie się rozeszli, bo myśleli, że jestem niemieckim szpiegiem. Opowiedziałem mu o sobie. Gospodarz był inteligentnym człowiekiem, i bardzo biednym, nie miał krowy, niczego. Podziękowałem za śniadanie, zapytałem, czy są w wiosce rodziny, które mają kogoś w polskim więzieniu? Odpowiedział, że jest taka rodzina: dwóch synów siedzi w więzieniu. Jeden miał 25 lat, drugi coś 15.

Poszedłem do nich, przyjęli mnie bardzo ciepło. Zanocowałem u nich, odpocząłem, umyłem się, nakarmili mnie. Następnego dnia rano wstałem i chciałem iść dalej, a oni napiekli „tertiuchów”, to takie placki ziemniaczane, jedzą je ze śmietaną, takie wysokie, pieczone w piekarniku. Zjadłem dwa. Wkrótce okazało się, że są ciężkostrawne. Podziękowałem, poszedłem, i tu jak mnie złapie... Nie wiedziałem, co mam z sobą zrobić. Dosłownie tarzałem się po polu! Przebrnąłem tak może ze 2 kilometry, kobieta pędziła krowę, patrzy, że taki jestem nieszczęsny. „Co panu jest?” Odpowiedziałem, że bardzo mnie boli żołądek. "Dam panu lekarstwo." I dała: kwaśne mleko, tylko że w nim było pełno much... Mimo to troszkę wypiłem. I ożyłem, bo wszystko wyszło ze mnie, przez te muchy. Nie wiem, czy ona specjalnie podała mi z muchami. Myślę, że wtedy na wsi to było normalne, że muchy siadały, potem pewnie cedzili. To było coś okropnego: tu skrzydełko, tu główka... Jak popatrzyłem... Ale wróciłem do życia! Do dziś myślę o tej kobiecie z wdzięcznością. Bo mogłem dostać skrętu kiszek, nikt by mnie nie odratował.

Tak więc, ożyłem i szedłem dalej. Zachowywałem ostrożność: prosiłem ludzi o ciepłą wodę, albo herbatę, czy suchy chleb. Dotarłem do Złoczowa. Tam zobaczyłem co to wojna, widziałem zabite zwierzęta domowe i inne rzeczy. W ten sposób na piechotę
dotarłem do domu.

Gdy [w 1939 r.] wojsko polskie było w odwrocie, prości ludzie nie to, że napadali na nie, raczej chodziło po prostu o broń. Nie widziałem tego, ale tak mi tłumaczono. Tak samo ludzie postępowali z bolszewikami w 1941 r., gdy Niemcy nacierali. Nasza Organizacja odbierała broń, a żołnierzom niczego nie robili. W większości przypadków żołnierze oddawali broń, niektórzy się odstrzeliwali.

Wróciłem do swojej wioski, do normalnego życia. Ale życie nie stoi w miejscu – trzeba coś robić. Zapisałem się do szkoły w Podhajcach. W tym czasie u nas byli bolszewicy, to było tarnopolskie województwo. W szkole w klasie było nas ośmiu, siedmiu z Mądzelówki, a jeden – teraz magister Lenek – był z innej miejscowości, wzięliśmy go do siebie. Tam ukończyłem ósmą klasę.

Pracował tam bardzo dobry partyjny inspektor, z Wielkiej Ukrainy [tak Ukraińcy określają terytorium swojej ojczyzny, które znajduje się poza Zachodnią Ukrainą], pedagog szkolny. Dyrektorem był Juchnowycz, superpartyjniak, a pedagog był łagodny. Oni byli z Ukrainy, jak i większość nauczycieli. No więc inspektor dał nam do zrozumienia, że powinniśmy uważać, gdyż nas obserwują (w szkole było dużo chłopców z Organizacji).

Akurat w tym czasie zaczął się nabór na 3-miesięczny kurs nauczycielski. Inspektor powiedział tak: no rozumiecie, musicie być ostrożni, to ważne, ale ważne jest i to, że brakuje nauczycieli, gdyż wcześniej nauczycielami byli Polacy i inni, dlatego idźcie na kurs, ktoś musi młodzież uczyć. My starsi zapisaliśmy się na ten kurs i skończyliśmy go. To nic, że nie mieliśmy średniego wykształcenia, nas i tak przyjęli. W tamtym czasie to my mieliśmy więcej wiedzy, niż nauczyciele, którzy przyjechali z Ukrainy.

Skończyłem kurs i wysłali mnie do pracy w szkole w Wiśniowczyku k. Zarwanicy. To było małe miasteczko, tam funkcjonowała 7-klasowa szkoła,
już „za Polski” tam była. W Wiśniowczyku Polaków było już więcej, było też trochę Żydów. Początkowo uczyłem pierwszą klasę. Dzieci były ze mnie zadowolone, bardzo mnie lubiły, choć byłem dosyć srogim nauczycielem.

Czwartą klasę uczyła Żydówka. Po 3 miesiącach bez zapowiedzi przyjechał inspektor z Zołotnik. Słyszę – w klasie krzyk że coś strasznego, a najgłośniej krzyczała nauczycielka. Inspektor poszedł do dyrektora, był nim Durdeła, pochodził z Wiśniowczyka. W młodym wieku był komunistą, nawet w więzieniu siedział, potem wyjechał do Ameryki, po pewnym czasie wrócił i został dyrektorem. Pedagogiem szkolnym była Monastyrska. Wojtowycz (z żoną), który skończył teologię we Lwowie, też tu uczył. Tak więc inspektor powiedział, że trzeba ją natychmiast zwolnić, ponieważ nie nadaje się, a na jej miejsce dali mnie. Żydówka nie miała należytego przygotowania i dlatego usunięto ją ze szkoły.

Na początku lutego, czy pod koniec stycznia 1941 roku, w Mądzelówce były areszty (poinformowano mnie o tym), przypuszczałem więc, że mnie także mogą zaaresztować. W tym czasie to już nawet nie należałem do Mądzelówki [do siatki OUN w Mądzelówce], ponieważ wyjechałem stamtąd, a w Wiśniowczyku jeszcze nie należałem, ponieważ byłem nowy, choć, co prawda, z wszystkimi się znałem. Nie nocowałem już w domu, przeniosłem się do dobrych znajomych, Polaków.

Pewnego razu przyszedłem... Czwartą klasę uczyłem z rana, a pierwszą – po obiedzie. Nie podejrzewałem, że mnie zaaresztują w szkole, ponieważ oni lubili przychodzić w nocy. W tym czasie żyłem ze stałą świadomością, że mogą po mnie przyjść. Tak więc, wróciłem z zajęć do kancelarii, a tam siedzi trzech enkawudzistów i jeden milicjant z Mądzelówki, taki fatalny... Gdy wszedłem, tylko kiwnął głową, dlatego od razu zrozumiałem o co chodzi. Kazali mi się zbierać i iść z nimi. Uświadomiłem sobie, że zostanę aresztowany. Przyjechali po mnie dwoma wozami, było to zimą. Posadzili na wóz (wszyscy z karabinami gotowymi do strzału) i odwieźli do Podhajec, do więzienia. Tam dopiero zaczął się cyrk! Zaczęło się bicie i to wszystko. Od pierwszych chwil chcieli ze mnie wyciągnąć zeznanie, że należę do OUN, pytali kogo znam itd. Nie wiedzieli jednak, że byłem więźniem ze stażem, zahartowanym.

W Podhajcach trzymali mnie 3 dni. Przewieźli do Tarnopola. Umieścili w celi. Ja, jako stary więzień, dobrze już wiedziałem, jak to wszystko się odbywa. Dali mnie na pierwsze piętro do celi 21. Wchodzę, a tam 70 osób! Nie ma łóżek, niczego, tylko podłoga! Wszyscy byli ukraińskimi więźniami politycznymi, oprócz trzech Polaków i jednego Żyda. Przywitałem się. Więźniowie są jak pszczelarze, od razu jeden drugiego odczuje. Znalazłem w tej grupie znajomych.

Przez dwa tygodnie nie brali mnie na śledztwo. Spaliśmy w dwóch rzędach na podłodze. Jeden głową w tę stronę, a drugi nogami w tamtą – brakowało miejsca. Tam w ogóle niczego nie mieliśmy.

Po dwóch tygodniach około 10 rano wezwali mnie. System u nich działał tak: ten, który otwierał drzwi, wchodził i wywoływał wszystkich na literę K. Wtedy każdy na K. wymieniał swoje nazwisko. Powiedziałem „Komaryński”, odpowiedział: „Sobirajś!”. Zaprowadzili do śledczego. Nim okazał się jakiś Kirgiz. No więc on wzywał mnie na przesłuchania przez osiem dób: rano od 10 do 14, i w nocy od 22 do 2. Tak mnie katowali, że nie mogłem już chodzić, do celi mnie prowadzili. Gdyby nie inni więźniowie, to chyba powiedziałbym to, czego oni ode mnie żądali, choć byłoby to nieprawdą. Gdy wracałem do celi, więźniowie podnosili mnie na duchu. Znaleźli się tacy, którzy przeszli już przez śledztwo u tego Kirgiza, mówili mi, że nie da się przed nim uratować w żaden inny sposób, jak tylko zachowując milczenie, trzeba stać się niemym.

Poszedłem do niego po raz ostatni... A byłem już bardzo chudy, ważyłem 48 kg, co oznaczało, że w ciągu 3 miesięcy straciłem prawie 30 kg. Zachowywałem milczenie. Tym biciem doprowadził mnie do takiego stanu... A przede wszystkim... Jest krzesło, albo deska, musisz usiąść na deskę: nogi do dołu, a ręce za głowę. I wtedy on nagle wybija spod ciebie tę deskę, a ty padasz całym ciężarem ciała. Albo każe ci usiąść na samym skraju stołka. Siedzisz, a oni naciskają na kręgosłup, 5 minut czy dłużej, zaczynasz mdleć, i w końcu padasz. To była najstraszniejsza męka. Do bicia, do tego, że bili cię gumową pałą, do tego można było przywyknąć, no dostajesz... Najgorsze było to, gdy padasz i wtedy on cię masakruje. Przez cały czas niczego nie mówiłem, ale w końcu wyrwało mi się: „Boże, Boże! Ja nad zwierzęciem bym się tak nie znęcał!”. Gdy on to usłyszał, to do celi mnie zanieśli, więźniowie położyli na podłodze, to wszystko... Przez miesiąc mnie nie wzywali.

Po miesiącu wieczorem przychodzą i wywołują na literę K. Wchodzę, a tam był jakiś starszy śledczy. Ten już zwracał się do mnie po ukraińsku. Zadawał pytania, a gdy słychać było jakiś ruch na korytarzu – kazał mi wstawać. Stałem. Zrobiło się cicho – "siadaj". Nie bił mnie, tylko spokojnie pytał.

Raz mnie wezwał, drugi, wszystko powtarzało się jak za pierwszym razem, no ale dwie godziny musiałem z nim siedzieć. Wezwał po raz trzeci, ja siedzę i on siedzi, nic nie mówi. Przyszła jakaś komisja, 6 osób. Mogli to być jacyś generałowie, bo mieli wielkie odznaki w klapach, krótko mówiąc, enkawudziści. Wszystko przejrzeli, nie powiedzieli ani słowa, poszli. Podpisałem protokół, który podsuwano po każdym przesłuchaniu, informował, jak zwykle, że nic nie wiem. Stawiałem długi podpis. Więźniowie podpowiedzieli żeby się tak podpisywać, że niby mnie potem nie poznają po takim podpisie.

Minęły kolejne 2 tygodnie. Pewnej nocy, 3-4 dni przed kolejnym przesłuchaniem, przyśnił mi się sen. W naszej rodzinnej wsi żył starszy sąsiad, był niepiśmienny, ale miał fenomenalną pamięć. Gdy byłem jeszcze w domu, młody, czytałem mu książki, on wszystko zapamiętywywał, a potem opowiadał ludziom. I oto śni mi się, że jestem w jego domu, a tam na wszystkich czterech ścianach objawia się mi Matka Boska. Gorliwie modlę się, i bardzo płaczę. Tak oto we śnie modliłem się i płakałem. Więźniowie od razu przyskoczyli do mnie: „Co z tobą!? Co się stało?”. Opowiedziałem im o śnie. Więźniowie nie mieli zajęcia, nudzili się, bo przecież nie było nawet niczego do czytania, to nic dziwnego, że każdy zaczął od razu interpretować mój sen, i każdy widział w nim coś innego. Po 3-4 dniach znowu mnie wezwali, z rzeczami. Woła: „Na literę K.; Dawaj sobirajś z wieszczami”. Więźniowie mówią różnie, jedni, że wychodzę na wolność, inni, że wywożą na Sybir. Nie wiadomo...

Zszedłem na dół. A tam [na korytarzu] były takie wnęki, jedna, druga, trzecia, maleńkie, człowiek mógł tam stanąć i obrócić się, nie wolno było się oglądać, trzeba było tak stać w tej kajutce. Stoję godzinę, półtorej – nie zabierają mnie. W końcu prowadzą do dyrektora więzienia. Prosi, żebym podpisał, że mnie zwalniają, dają pieniądze na bilet (choć ja miałem pieniądze), że o tym, co słyszałem, co widziałem w więzieniu nie mam prawa opowiadać nawet rodzonej matce. Mam też zgłosić się na NKWD w Podhajcach w ciągu 8 dni. Wyszedłem z więzienia, stoję, i pojęcia nie mam co dalej? Idę na dworzec, a tam mrowie enkawudzistów! Bałem się bardziej, niż w więzieniu, bo tam ich nie widziałem. Zdecydowałem, że trzeba trzymać się z daleka od takich miejsc – poszedłem na piechotę.

Wróciłem do domu: mama, rodzina, wszyscy się cieszą. W domu przebywałem jedynie kilka dni, a następnie zszedłem do podziemia. Nocowałem po stodołach w oddalonej wiosce, w Przewołoce. Przebywałem tam w podziemiu aż do nadejścia Niemców. Byłem przekonany, że przyjdą po mnie po raz drugi! Bez dwóch zdań! Tym bardziej, że miałem zgłosić się na NKWD. Wybór był taki: albo działać, albo wracać do więzienia. Dlatego się ukrywałem. Wtedy dużo ludzi tak robiło. Prawdę mówiąc, na bazie tego podziemia stworzono później UPA. W podziemiu było bardzo dużo ludzi.

Stosunki w ukraińskich wioskach z Polakami

One były różne, zależnie od miejscowości. W niektórych stosunki były dobre, często zdarzały się mieszane śluby. Na przykład siostra mojej mamy wyszła za starszego Polaka, mieli dwie córki, które czuły się Ukrainkami, a z pierwszego małżeństwa on miał dwóch synów, którzy czuli się Polakami i wyraźnie to demonstrowali, my takich nazywaliśmy „strzelcami”.

Fakt, że doszło do krwawego polsko-ukraińskiego konfliktu, można wyjaśnić tym, że w okresie poprzedzającym (gdzieś od roku 1932) Polacy rozpoczęli aktywną antyukraińską politykę. Weźmy, na przykład, pacyfikacje. To było coś strasznego. W mojej Mądzelówce zniszczyli pół wioski. Co to znaczy zniszczyli? Poniszczyli budynki, całkiem zrujnowali budynek „Proswity”, gospodarstwa, wszystko niszczyli. Jak to robili? Na przykład, ktoś miał dom, przyszli, rozbili wszystkie naczynia, pierzyny powrzucali do studni, wszystko niszczyli. Ludzi nie zabijali, ale bili strasznie. Ludzie się chowali.

W naszej wiosce świadomość narodowa stała na wysokim poziomie. Wśród mieszkańców byli komuniści, socjaliści, ale najwięcej było nacjonalistów. Na przykład, w wiosce liczącej 290-300 gospodarstw, do „Proswity” zapisało się ok. 400 młodych ludzi. Socjaliści-kamieniarze [Związek Ukraińskiej Postępowej Młodzieży im. M. Drahomanowa „Kamieniarze”] chcieli kontrolować „Proswitę”, ale i nacjonaliści chcieli. Co 6 miesięcy odbywały się wybory, ponieważ jedna ze stron podważała wyniki poprzednich. Z tego powodu że mieszkańcy byli świadomymi Ukraińcami, a Polska zaczęła zwalczać taką postawę, postanowiono przeprowadzać pacyfikacje. Na przykład, pewnego dnia do Mądzelówki przyjechała konnica (specjalne oddziały pacyfikacyjne). Mieli listę ludzi, których trzeba... Wybijali okna, niszczyli mienie. Ludzie uciekali. Jeżeli kogoś złapali, to bili. Jednego pobili do śmierci. Na liście mieli 12 gospodarstw, które należało zniszczyć, a także budynek „Proswity”, spółdzielnię, mleczarnię, wszystko zniszczyli.

Mniej więcej 2 km od Mądzelówki był polski folwark. Nasi z Organizacji spalili tam polskie sterty. Grupa pacyfikacyjna była w tym czasie w Wiśniewczyku, 9 km od Mądzelówki. W nocy spłonęły sterty, a następnego dnia przyjechali Polacy. W Wiśniewczyku Polacy także mieszkali, grupa pacyfikacyjna zabrała ich z sobą, znaczy się cywilnych. Przyjechali i dawaj niszczyć, zaczęli od początku wioski i doszli do połowy. Zajęło im to cały dzień. Niszczyli mienie, pierzyny pruli, zboże rozsypywali, bili ludzi, dzieci. Tak rodziła się nienawiść, od 1932 roku.

Jeśli wioska jest narodowo świadoma, to ludzie mają wiedzę o wszystkim. Na przykład wiedzą, że [Polacy] Basarabową zamordowali [Olga Basarab, 1889-1924], we Lwowie powiesili więźniów politycznych, wszystko to było pożywką dla nienawiści. Takie działania strony polskiej sprzyjały temu. Ale powszechnej nienawiści nie było. Ona zaczęła dochodzić do głosu po wejściu Niemców, po tym, gdy utworzono AK, przede wszystkim na Wołyniu. Tam AK paliła całe ukraińskie wioski. Żeby przeciwstawić się temu, Ukraińcy zorganizowali UPA. I UPA z tym walczyła. To nie było tak, że Ukraińcy zaatakowali Polaków, oni zaczęli pierwsi.

Było takie zdarzenie koło Monasterzysk. To była zupełnie polska wieś, ale służyła tam ukraińska policja [za Niemców], chodzili i strzegli porządku. Tych dwóch policjantów Polacy zabili, powodem była po prostu ich obecność we wsi. UPA zdecydowała o zniszczeniu 4-5 wyznaczonych polskich rodzin w tej miejscowości. Przyszli, a z kościoła posypały się na nich kule. Dowódca tej grupy został ciężko ranny (później zmarł). Wydał rozkaz, żeby spalić wieś, i spalili ją (ludzi prawie nie zabijali). W taki sposób przejawiła się ta nienawiść, to była tragiczna historia. Strzały padły z kościoła. Jak było po wszystkim, upowcy weszli do tego kościoła, ale nikogo tam nie zabili, nawet księdza, choć w świątyni znaleźli ogromną ilość broni. To jest ten problem... Ale ogólnie tego nie było [nienawiści].

Pacyfikacyjne wojsko rzucono nie tylko na Mądzelówkę, ale Mądzelówka była celowo prześladowana bardziej, niż inne miejscowości. Jest książka o polskich pacyfikacjach w Galicji, Mądzelówka jest tam wydzielona w sposób szczególny. Gdy oni [wojsko pacyfikacyjne] pojawiali się, to ludzie mówili: przyjechali Polacy...

Wkroczenie Niemców w 1941 roku

Jeśli szczerze, to odniosłem się do tego z ogromnym entuzjazmem. We wsi nikt nie czytał „Mein kampf”, wszyscy myśleli tak: bolszewicy uciekają, przychodzą wyzwoliciele, sytuacja będzie zupełnie inna. Takie podejście dominowało do tego czasu, póki Niemcy nie zaaresztowali członków Prowodu [OUN] we Lwowie. A na początku był nie tylko entuzjazm – Organizacja pomagała Niemcom. Na przykład, Niemcy przemieszczali się gościńcami, a inne drogi oczyszczali ludzie, i zabierali broń. Niemców witano jak wyzwolicieli. Prawda wyszła na jaw po aresztach. Organizacja i ludzie pomagali, ponieważ przyszli wyzwoliciele! Prowid OUN nie wydał rozkazu, że ludzie mają pomagać, to była żywiołowa reakcja Ukraińców na pojawienie się, jak wierzyli, wyzwolicieli. W wiosce nikt nie czytał „Mein kampft”, dlatego ludzie nie znali planów Hitlera. To wyszło na jaw wtedy, gdy zaczęły się aresztowania.

To były straszne czasy. Każdy świadomy człowiek siedział wtedy na walizkach, aby w każdej chwili być gotowym do ucieczki. Nie było innego wyjścia. Na przykład, znałem księdza Hajdukiewicza z Podhajec, no więc u nich w rodzinie wszystko było spakowane. Byli przekonani, że zostaną wywiezieni na Sybir.

Inny przykład. Hajdukiewicz był dziekanem, bardzo poważny człowiek. W więzieniu sam mi opowiadał, że pewnej nocy przyszedł do niego szef NKWD z Podhajec, z żoną i dzieckiem. Mówi: „Batiuszka, trzeba ochrzcić dziecko!”. Ksiądz odpowiedział, że mu nie wolno, ale enkawudzista nalegał: „Nie, ochrzcij dziecko, bo babcia nie daje mi żyć!”. Prosił, żeby nie odnotowywać tego w księgach, żeby po prostu ochrzcił. Ksiądz nie miał wyjścia, ochrzcił dziecko i nigdzie tego nie odnotował. To jest przykład tego, jacy tam byli ludzie: był szefem NKWD, ale mama żony koniecznie chciała ochrzcić dziecko! A mówimy tu o ludziach z Wielkiej Ukrainy! Takie rzeczy też się wtedy zdarzały.

Tak więc, zszedłem do podziemia, przyszli Niemcy – wyszedłem z podziemia. W swojej wiosce założyłem organizację młodzieżową „Sicz”. Każdego wieczora młodzież przychodziła na zebrania, była gimnastyka, czytaliśmy referaty, które przygotowywali dla nas starsi.

Poźniej zapisałem się do Akademii Handlowej we Lwowie, tak więc, nie mieszkałem już w Mądzelówce, przeniosłem się do Lwowa. Szkołę ukończyłem w 1942 roku i zacząłem pracować w mleczarni rejonowej w Buczaczu. Najpierw byłem pomocnikiem księgowego, a potem głównym księgowym. Oprócz tego nadal należałem do Organizacji, w Buczaczu byłem nawet członkiem obwodowego Prowodu.

W 1944 roku do Buczacza wrócili bolszewicy, znowu zszedłem do podziemia. Znowu ta sama wioska, ten sam bunkier. Bunkier był w stajni, niższy niż ten pokój, mogło w nim przebywać 6 osób. Wejście było w żłobie. Było nas tam trzech, ja i jeszcze dwóch członków Organizacji z Przewołoki. Siedziliśmy w nim w dzień. W nocy Organizacja działała na całego. Bolszewicy w nocy nie przemieszczali się – bali się, a jak już, to dużymi grupami, po 20-30 osób.

Bolszewicy zapędzili się z 50 km za Halicz, byli już koło Lwowa, a potem Niemcy odrzucili ich do rzeki Strypy, która przepływa przez Buczacz. Jedna część miasta znalazła się w rękach bolszewików, druga – w rękach Niemców. Gdy Niemcy przegonili bolszewików, przeniosłem się z Przewołoki do Mądzelówki, to 12 km.

W Przewołoce doszło do ciekawego zdarzenia. Przyszedł niemiecki pułkownik (wtedy byli tam bolszewicy). Tego pułkownika armii niemieckiej ludzie z wioski przechowali! Nie w tym bunkrze, gdzie my byliśmy, w innym. Gdy wróciło wojsko niemieckie, – poszedł do swoich.

Ludzie, gdy po raz drugi spotkali się z bolszewikami, zrozumieli, że system u nich się nie zmienił, że to ci sami bolszewicy [których widzieli w 1939 r.]. Na dodatek teraz zaczęli masowo wyłapywać młodzież i zabierać do armii sowieckiej – ma człowiek broń, czy nie i od razu na pierwszą linię. Z powyższych powodów ludzie zaczęli masowo uciekać. Na przykład z Mądzelówki na emigracji znalazło się około 60 osób. Wszyscy uciekali, ukrywali się. W tym momencie bolszewicy nie zdążyli pokazać się na całego, ponieważ Niemcy odbili atak i musieli szybko uciekać za Strypę. Ale za Strypą, gdzie zostali, było strasznie.

Mądzelówka. W piątek wielkanocny (byłem akurat na łące) przybiegła do mnie najmłodsza siostra. Powiedziała: „Hryciu, uciekaj! Mama mówią żebyś uciekał, bo bolszewicy są już w sąsiedniej wiosce”. Wróciłem do domu, zebrałem swoje rzeczy. Szwagier też należał do OUN, razem uciekliśmy do Wierzbowa. Szwagier tam został, a ja udałem się do Żółczewa, a stamtąd – do Lwowa. Udałem się do Związku Rewizyjnego [Spółdzielni Ukraińskich]. W Związku powiedziałem: „Przyszedłem żebyście mi dali jakąś robotę”. „Może pan objąć mleczarnię w Słotwinie [na Zakarpaciu]”. Słotwino, to już Karpaty. Powiedziałem, że nie pojadę do Słotwiny, dlatego, że tam w nocy przyjdą partyzanci i zabiorą masło; w dzień przyjdą Niemcy, zabiorą masło, a dyrektora rozstrzelają. Wtedy oni zaproponowali stanowisko księgowego w Bóbrce, koło Lwowa. Udałem się tam. Dyrektorem był Kozakiewicz, który potem był tu, na emigracji. Pracowałem tam do 14 lipca 1944 r.

14 lipca wraz z kolegą Julkiem mieliśmy iść do UPA. Niestety, w Stryju nie zdołaliśmy nawiązać kontaktu, gdyż wszystko dookoła uciekało w wielkim pośpiechu... Ruszyliśmy w drogę, doszliśmy aż do Komańczy. Tam był ogrom ludu, Ukraińców i innych. Tam zamierzaliśmy nawiązać łączność z Organizacją, i prawie nam się to udało, ale ktoś nas ostrzegł, że podchodzą Polacy, werbują ludzi, a potem zabijają. Wtedy cała nasza grupa z Bóbrki (jechało morze ludzi, na wozach itd.) przeniosła się do Nowego Sącza, tam ludzie posprzedawali konie itd. Pociągiem nas zawieźli do Krakowa, tam 2 tygodnie siedzieliśmy w barakach. Następnie nas zawieźli w okolice Bratysławy, mieliśmy pomagać przy budowie lotniska. Znajdowaliśmy się po stronie niemieckiej, za rzeką była Słowacja, przez most chodziliśmy do Bratysławy, do lekarza. Źle się czułem, poszedłem do lekarza, który wypisał mi dokument. W Czechosłowacji miałem stryjka, dostałem od niego list, w którym napisał, że gotów jest mnie przyjąć, dlatego mogłem do niego pojechać. Wtedy już trochę znałem niemiecki.

Przyjechałem do stryjka, a za mną podciągnęli się bolszewicy. Znowu uciekamy. Były tam 4 rodziny i trzech chłopaków, takich jak ja, nieżonatych. Uciekaliśmy z wózeczkami, aż tu w radiu mówią, że do Pragi wkroczą Amerykanie. Wróciliśmy, a dwa dni później weszli bolszewicy. Co robić?! Dobrze, że wcześniej miejscowi Ukraińcy załatwili nam zaświadczenia. W moim było napisane, że udaję się do Lwowa, ktoś inny wybrał Paryż, ktoś Kraków.

Z tymi zaświadczeniami przybyliśmy do Pilzna. W Pilźnie zanocowaliśmy w hotelu, gdyż nie mieliśmy tam znajomych, było to dla nas obce miasto. W hotelu nas poinformowali, że jest obóz. Rano we dwóch wychodzimy na miasto, spacerujemy bez celu, podchodzi do nas mężczyzna, pyta: „Jesteście Ukraińcami?”. Odpowiadamy, że tak. Pyta, czy chcemy do obozu. Nie wiedzieliśmy, co mu odpowiedzieć. Wyjaśnił nam, że w jednym miejscu jest obóz dla tych, którzy chcą wrócić „na rodinu” [ros.-do ojczyzny], a na dole jest obóz dla tych, którzy chcą jechać na Zachód. Powiedzieliśmy, że chcemy na Zachód. „To idźcie szybko po rzeczy, bo oni przeprowadzają kontrole w hotelach i zabierają ludzi!”

Moi znajomi zabrali walizki, a ja nie miałem niczego oprócz podartej teczki. Przeleźliźmy pod drutem do obozu. Przyjęli nas. To była goła połonina, na której stała tylko stajnia, gdzie kiedyś konie trzymali. Były stare baraki, zrobiliśmy sobie tam trójkątny daszek na nocleg. W nocy rozszalała się taka ulewa, że wszyscy popłynęliśmy razem z tym barakiem. Dali nam miejsce do spania w stajni. Tam poznaliśmy się z Ukraińcami. Przebywaliśmy tam miesiąc.

W pobliżu były ogromne baraki, gdzie [Niemcy] trzymali francuskich jeńców. Gdy pojechali do domu, my zajęliśmy ich miejsce. Ale jeszcze zanim to się stało, w tym pierwszym obozie wybieraliśmy komendanta (Amerykanie kazali). Był taki Kyrnicki ze Lwowa, znał doskonale język polski, i to jego właśnie wybraliśmy. Gdy przenieśliśmy się do „francuskich” baraków, a wtedy to już mniej więcej wiedzieliśmy kto jest Ukraińcem, jedną grupą zajęliśmy 12 barak. Gdy przybywali nowi, komendant pytał ich skąd są itp., a potem tych, którzy byli Ukraińcami, kierował do 12 baraku. Oni wchodzili, a tam wszyscy po ukraińsku rozmawiają! Wkrótce zorganizowaliśmy tam chór... W ciągu miesiąca, bo tam prawie wszyscy byli Ukraińcami, formalnie jednak uważano nas za Polaków [ponieważ byliśmy obywatelami przedwojennej Polski]. Nie mogliśmy tam występować pod ukraińską narodowością. Ale wszędzie rozmawialiśmy po ukraińsku, nawet koncert daliśmy po ukraińsku. Tam było zaledwie kilku Polaków, którzy też chcieli uciec. Byliśmy tam do września.

Potem nas przewieźli pociągiem... Ale jakim pociągiem? Na otwartych platformach, na lorach. Nie wiedzieliśmy dokąd nas wiozą. Był taki Hamerski, i inni, byliśmy na tej samej platformie, i wszyscy uważnie obserwowaliśmy kierunek ruchu: jeśli będą wieźć na zachód – to jedziemy, jeżeli na wschód – zeskakujemy; to nie byłoby trudne, bo my niczego nie mieliśmy.

Przywieźli nas do miasta Würzburg. Tam nas trzymali 6 godzin. Było kilkanaście polskich rodzin, tam zeszły, gdyż w Würzburgu był polski obóz. Następnie dojechaliśmy do miasta Aschaffenburg, to było miasto pomiędzy Würzburgiem i Frankfurtem nad Menem. Tam nas skierowali do bloku w byłych koszarach wojskowych. Zastaliśmy tam Polaków, byli nawet w policji, z bronią. Polacy chcieli nas sami rozdzielać po salach. My jednak sprzeciwiliśmy się temu i nalegaliśmy, że zrobimy to sami. Amerykanin powiedział, że tylko my możemy siebie rozdzielać. Wtedy Polacy zamilkli.

Komendant, ten Amerykanin, który nam towarzyszył, spojrzał na ten nasz blok: okna powybijane, wszystko w brudzie... Gdy po 3 dniach znowu do nas przyszedł, i zobaczył jak Ukraińcy wszystko uprzątnęli, to za niespełna miesiąc zwolnił dla Ukraińców drugi blok, gdzie byli Polacy, a później jeszcze trzeci, tak, że tam mieszkali sami Ukraińcy. To był bardzo dobry obóz. Tam to my już przyznawaliśmy się do pochodzenia, ale... byliśmy Ukraińcami z Polski.

Pierwsze, co zrobiliśmy... W pierwszym bloku w garażu zorganizowaliśmy cerkiew. Był z nami ksiądz-doktor Chruszcz, były proboszcz z Krakowa. Tam przebywała niemalże sama inteligencja. Ogółem, w Aschaffenburgu koszary były w 4 miejscach, w dwóch byli Polacy, choć tam między nimi też było trochę Ukraińców. Jedne z koszar potem opróżnili i zakwaterowali w nich Ukraińców z Bayreuthu.

W Aschaffenburgu w 1948 roku odbył się zjazd Ukraińców, na którym wybrano Centralną Reprezentację Ukraińskiej Emigracji.

Z Aschaffenburgu przeniosłem się do Regensburgu, tam przebywało ok. 7 tys. Ukraińców, to był duży obóz. Tam znajdowały się wszystkie szkoły, w tym Ukraiński Techniczno-Gospodarczy Instytut, który ukończyłem. Potem nas przewieźli do Ulmu, z Ulmu do Kenkecu. W 1952 r. osiadłem w Monachium. W 1954 r. zacząłem pracować w Ukraińskim Czerwonym Krzyżu, a także w Techniczno-Gospodarczym Instytucie, działałem także w „Płaście”... Przez całe życie pracowałem. Do 2005 roku pracowałem każdego dnia.

Ukraińcy w Monachium

W Monachium było dużo Ukraińców, bo tu było centrum emigracji, ale, niestety, dużo ludzi wyjechało, dużo umarło. To widać na cmentarzach.

Pierwsza nowa [powojenna] fala emigracji nadeszła z Polski. Wszyscy, którzy uciekali z Polski, przybywali do nas. Wszystkich znałem osobiście. To było wtedy, gdy jechali do Rzymu na obchody [chodzi zapewne o obchody Tysiąclecia Chrztu Ukrainy w 1988 r.], lata 1980. Masa ludzi przyjechała, do Austrii, do innych państw, odwiedzałem ich wszystkich w ramach programu Czerwonego Krzyża. Później oni często jechali dalej, najwięcej do Kanady, troszkę tu zostało.

Teraz pojawiła się nowa emigracja [rozmowa nagrana w 2011 r.], z Ukrainy. Dodała nam świeżej krwi. Tyle że to nie taka emigracja jak kiedyś, polityczna,
nie powiedziałbym, że zarobkowa, cechuje ją nastawienie na tymczasowość, a nie na pobyt stały. Z tych powodów ci ludzie nie włączają się w pełni w życie naszej ukraińskiej społeczności. Taki mamy problem... Ale emigranci z Ukrainy oświeżyli nas, tak samo zresztą jak nowa emigracja z Ukrainy w Ameryce i Kanadzie, ci ludzie pobudzają nasze społeczności.

Można by jeszcze długo rozmawiać... Między innymi na temat ukraińskich sytuacji politycznych tutaj, na emigracji. Na przykład, o tym, jakie tu były partie polityczne, które już nie istnieją, a kiedyś były bardzo wpływowe. Kiedyś silni byli tu socjaliści, byli Hetmańcy...

Asymilacja wśród przedstawicieli powojennej fali emigracji

Nie powiedziałbym, że asymilacja wśród Ukraińców [w Monachium] była jakaś szczególna. Asymilacja, to normalne zjawisko, tak samo jest w Ameryce czy Kanadzie. Ludzie asymilują się z otoczeniem, ale pozostają Ukraińcami. Człowiek czuje się Amerykaninem, ale i Ukraińcem. Tacy ludzie często nie znają już języka ojczystego, ale czują się Ukraińcami. Polacy bardziej ulegli procesom asymilacyjnym. Gdy byłem w Detroit po raz pierwszy, to tam były polskie ulice i wiele innych elementów polskości. Teraz tego już nie ma, Polacy ulegli asymilacji. Kiedyś w Ameryce było ich ok. 15 milionów. Ale wciąż się trzymają. Mimo, że nie znają już polskiego, ciągle są polonią. Tak samo jest z Ukraińcami, których na świecie jest [poza Ukrainą], jak się uważa, 20 milionów (teraz, gdy Ukrainę opuściło ok. 5 milionów).

Czy jest pan rozczarowany obecną sytuacją w OUN?

Nie jestem rozczarowany. Jestem rozczarowany niektórymi ludźmi z Prowodu. Na przykład, rozczarowała mnie Stećkowa [Jarosława Stećko, w latach 1991-2001 – przewodnicząca Prowodu OUN(b)]. Ona faktycznie rozwaliła Organizację. Organizacja mogłaby dziś sprawnie funkcjonować. Byłem z nią na posiedzeniu, debatowaliśmy, jaką organizację mamy powołać w Ukrainie, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów, czy... Ja z kilkoma osobami proponowałem, żeby powołać Ukraińską Partię Narodową, bez słowa „nacjonalistyczna”. Bo Kongres Nacjonalistów, tak, wszystko z tym dobrze, tyle że na Zachodzie słowo nacjonalizm ludzie odczytują jako faszyzm, oni tego nie rozumieją. Ale ona uparła się i nie wyraziła zgody.

Idziemy dalej. Nie pojechała od razu do Ukrainy, nie zarejestrowała Organizacji, Organizacja jest więc faktycznie podziemna. Sprzeciwiłem się temu, ja, stary działacz Organizacji powiedziałem o swoim sprzeciwie publicznie, w gazecie. Nie wystąpiłem z Organizacji, pozostałem banderowcem, sprzeciwiłem się sposobowi, w jaki Organizacją kierowała Stećkowa. Tłumaczyłem jej, że w Organizacji są ludzie, którzy za Ukrainę odsiedzieli po 25 lat, potem wyszli z więzień, ożyli, żyją, a ona przyjechała do Ukrainy i nie uznaje ich, rozdaje stanowiska ludziom z zewnątrz, ludziom, którzy nie mają żadnego stosunku do OUN, a tych starych wyrzuca. To wszystko jest ogromnie problematyczne, no ale właśnie tak się dzieje. Teraz jest „Swoboda”, to dobrze, że jest taka nacjonalistyczna organizacja, ale ona nie ma szans, żeby wejść do rządu.

Cerkiew

Byłem w komitecie budowy [cerkwi w Monachium] zanim jeszcze przybył tu biskup [Płaton] Kornyliak, w tym czasie działał jeszcze Petro [Piotr] Hołyński jako wikariusz generalny. Zamierzaliśmy zbudować cerkiew tam, gdzie znajduje się siedziba Egzarchatu Apostolskiego Niemiec i Skandynawii [dla Ukraińców grekokatolików]. Jednak sąsiedzi nie zgodzili się (budynek miał stanąć 6 metrów od sąsiedniego, brakowało miejsca), zdecydowaliśmy, że trzeba budować w innym miejscu. Był problem, bo tam stał barak wojskowy i oni... [długo nie mogli zdecydować]. W końcu Niemcy dali nam ten plac [gdzie obecnie znajduje się cerkiew]. Zakładano, że powstanie tu cerkiew, uniwersytet, dom starców, ale w końcu udało się zbudować jedynie cerkiew. Planowaliśmy zbudować świątynię w ukraińskim stylu, nie z jedną, a z pięcioma kopułami, ale Niemcy się nie zgodzili. Stali na stanowisku, że styl architektoniczny w tej okolicy jest nieodpowiedni dla takiego projektu. Biskup nie bardzo nas słuchał, wziął niemieckiego architekta, a ten nie bardzo nas... Budynek parafialny mogliśmy zbudować trochę większy i wyższy. Ale zbudowaliśmy [mniejszy]. No, ale trzeba się i z tego cieszyć, że jest swoja cerkiew, siedziba parafii, własne pomieszczenia, gdzie ulokowano organizacje młodzieżowe: „SUM”, „Płast”. Miło, że tak jest.

Ze mnie to już stary emigrant. Brałem udział w instalacji Kornyliaka w 1959 r. W cerkwi służę już ponad 25 lat, dobrowolnie, nikt mnie nie prosił, ale człowiek przecież coś musi robić, tym bardziej teraz, gdy jestem emerytem.

O rzeźbie przed cerkwią

To rzeźba Hryhorija Kruka. Nie wiem jaki numer ma ten odlew... Były 3 oryginalne odlewy, wszystkie inne – nie oryginalne. Nie wiem, jaki numer ma ten, 2 czy 3, ale, przede wszystkim, to bardzo ładne dzieło. Rzeźba postarzała się, materiał utlenił się, nie widać więc początkowego piękna. Na początku miała jasny kolor, podobny do miedzi, a gołąb był biały. Czas, nic nie zrobisz...

Ten krzyż podarował biskup z Kołomyi. Specjalnie przywiózł go do Monachium i tu go postawili.

A tam dalej stoi pomnik Hołodomoru, ludobójstwa, poświęcony tym wszystkim, którzy zginęli śmiercią głodową w latach 1932-33. Takie pomniki są wszędzie tam, gdzie jest ukraińska społeczność, a także w Ukrainie.

W 1955 roku, gdy pracowałem w Czerwonym Krzyżu, odwiedziłem wszystkich Ukraińców w Bawarii. Tu były strefy: amerykańska, francuska i angielska. Byłem u każdego, z każdym rozmawiałem, z każdym wymieniłem uściski dłoni. Podróż zajęła mi 1.5 miesiąca. To dlatego bardzo dużo starszych ludzi mnie zna. [Ówczesna] młodzież znała mnie, ponieważ przez 41 lat na obozach „Płastu” byłem głównym intendentem. W sumie prawie 4 lata [życia] oddałem dla młodzieży. Przez pierwsze 4 lata obozy działały przez 6 tygodni, a potem przez 3 tygodnie. Ludzie z obecnej fali emigracji znają mnie mniej, głównie ze wspólnej modlitwy w cerkwi. A starsi – z obozów.

Co w życiu najważniejsze?

Zdrowie. Gdy nie ma zdrowia, to niczego nie ma. U mnie na drugim miejscu jest własne państwo. Może być biedne, ale swoje. To bardzo ważne, żeby człowiek miał poczucie, świadomość, że mieszka w swoim państwie. Gdy po raz pierwszy pojechałem do Ukrainy, to poszedłem do naszej cerkwi, przez 20 minut nie mogłem słowa wykrztusić. Zaparło mi dech w piersiach, gdyż oto jestem w swojej cerkwi. Tu chodziłem do komunii, choć, prawda, chrzcili mnie w domu, ale to moja świątynia, tu modliłem się razem z mamą. Wszyscy mnie pytali: „Co z tobą!?”. Ale nic nie poradzisz, to takie silne przeżycie. Pan czegoś takiego nie przeżył. Zresztą, nikt, kto się tu urodził, nie może czegoś takiego odczuć, gdyż bosą nogą nie stąpał...

Chciałem zostać [w Ukrainie], a nie uciekać przed Sowietami, niestety, sytuacja złożyła się tak, a nie inaczej. Wyjechałem bez niczego! No bo miałem wstępować do UPA, to jak mogłem coś brać z sobą. Ale, dzięku Bogu, człowiek swoją pracą jakoś... Jakoś to będzie, żeby tylko Bóg dał zdrowie.

Czy Ukraina przemówi po ukraińsku?

Gdy naczytam się na ten temat z różnych źródeł, to widzę, że sytuacja wygląda na bardzo trudną, bardzo. Obronić nas mogą jedynie oligarchowie, bo dla nich ważniejsze jest własne życie i wygoda, niż Ukraina. Dla nich korzystnie jest handlować z Europą, a jak Ukraina wstąpi do Związku Celnego, to oni na tym stracą, ich sytuacja się zmieni, będą uzależnieni od Rosji, a Rosja będzie ich tak sądzić, jak osądziła Chodorkowskiego. Jeżeli Ukraina znajdzie się w Związku Celnym [Białorusi, Armenii, Kazachstanu, Kirgistanu i Rosji], to może na długie lata... Może też dojść do rewolucji. Oligarchowie nie chcą, by Ukraina znalazła się w Związku Celnym, gdyż stracą na tym finansowo, chcą by Ukraina była z Europą, bo wtedy mają perspektywy handlowe, a z Rosją... Najpierw im dadzą takie możliwości, a potem ich...

Wkład diaspory w odrodzenie Ukrainy

[Ukraińcy] na Zachodzie zareagowali na to [odrodzenie państwa ukraińskiego] z ogromnym entuzjazmem. Z jeszcze większym entuzjazmem zareagowali na Pomarańczową Rewolucję. Niestety, Juszczenko okazał się za słaby, nie na swoim miejscu. Deklaracje miał dobre – wszytkich do więzień, wszyscy poniosą karę, a po miesiącu podpisał z Janukowyczem porozumienie, gdzie zadeklarował, że nie będzie karać oligarchów. Co dalej?.. On nie ma teraz żadnych szans, w ogóle nie rozumiem co ten człowiek będzie dalej robił. Teraz jest Naływajczenko, ale Juszczenko nie chce, aby on stanął na czele Naszej Ukrainy [ugrupowanie Juszczenki], a tylko on, Juszczenko. Ta partia nie ma szans... Chcą, żeby próg wyborczy wynosił 5%, ale Nasza Ukraina nawet tego nie weźmie, oni nie zdobędą nawet 3%. Uważam, że władzę powinien objąć ktoś z zupełnie nowego środowiska. Może [Wiaczesław] Briuchowećkyj mógłby zdobyć zaufanie ludzi. Ale on nie chce, osobiście z nim rozmawiałem. Ci, którzy byli już u sterów, nie mają szans, ludzie nie będą na nich głosować. Ani na Jaceniuka, ani na Tyhypka, Tymoszenko, ani na Juszczenkę. Jakiś promyk widzę w Hrycence, on coś jeszcze mógłby... Gdy był ministrem obrony, dobrze wykonywał swoją robotę.

No, ale wy [Ukraińcy] w Polsce też macie problem. Polacy was tam też trochę... Teraz to już jest trochę odwilż. Wiem, jak stały sprawy w Polsce. Korespondowałem z księżmi Bazylianami, a także z księdzem Deńkiem. Gdy Niemcy zezwolili za darmo wysyłać paczki do Polski, z żywnością czy odzieżą, wówczas my, z Czerwonego Krzyża, wysłaliśmy biednym studentom ponad 200 paczek. Znam więc sytuację... Tym bardziej, że moja żona przez 10 lat mieszkała w Krakowie, pod innym nazwiskiem. Tam każdy Ukrainiec był banderowcem, w tych czasach „Ukrainiec” – oznaczało „banderowiec”, innego znaczenia nie było. Dlatego, że Ukraińcy ocaleli. Im [Ukraińcom w Polsce] też dużo zawdzięczamy...






Monachium, 19.07.2011 r.

Tekst ukraiński Kateryny Bedryczuk, tłumaczenie na polski Romana Kryka, nagranie wideo – Roman Kryk


WERSJA W J.UKRAIŃSKIM
do góry ↑

"Далеко до Мозолівки"

(життя Григорія Комаринського)

Роман Крик

Текст списаний з запису відео. Це розмова з п. Григорієм Комаринським, який народився 1921 року в Мозолівці на Тернопільщині, після війни обрав життя еміґранта в Мюнхені. В житті ознайомився з польськими та совітськими тюрмами, коли в 1939 році спалахнула війна - перебував в польській буцегарні в м. Плоцьк. Член ОУН з 17 року життя.

Я народився у невеличкому селі Мозолівка Підгаєцького повіту Тернопільської області. Село невелике. Спершу було важко сказати, що воно культурне, але пізніше воно стало дуже культурне, бо вже у 1937-38 роках там була неповна середня школа, 7 класів. Це була велика школа, багато вчителів.

Я народився 13 березня 1921 року. Коли мені було 3 роки, помер мій батько. Нас було четверо дітей, нас виховувала мати. Я був наймолодший, мабуть тому мама найбільше переживала за мене.

Наша родина була з неповно заможних селян. Батько був активним громадським діячем. Мій стрик [дядько] був у Січових Стрільцях і мусив тікати, був у Чехії. Згодом, коли був уже на еміґрації в Німеччині, він розповідав мені про батька дуже багато. Раніше, коли я був молодим хлопцем, я не цікавився цим, мені було 3 роки [коли помер батько], я не пам’ятав батька взагалі. Отже, навіть у книжці, яка вийшла про Мозолівку у Львові, написано про батька, бо він був громадський діяч.

У Мозолівці була читальня Качковського [Товариство ім. Михайла Качковського]. Це москвофільська читальня. І на жаль, наш священик Томович підтримував це. Батько з іншими громадянами орендували приватну кімнату біля тієї читальні і відкрили читальню «Просвіти» [Товариство «Просвіта» ім. Тараса Шевченка]. Через це виникла дуже велика сутичка, адже священик був проти, хотів, щоб читальня Качковського розвивалася, а тут прийшла «Просвіта». Тоді виникла дуже сильна ініціатива: їздили до Львова, до консисторії проти священика [Томовича] і нарешті близько 1920 року його забрали до Львова до консисторії. Прийшов новий священик Кмицікевич. Справа була вирішена, але помер батько. Новий священик був одружений, мав родину, був досить примірним [зразковим] священиком.

Моя мама була з д. Цяпа. Це була велика родина, їх було троє дівчат і трьох братів. Бабусю [по мамі] я ще пам’ятаю, їй було 99 років, коли вона померла. Одна сестра виїхала до Америки, потім повернулась і померла через туберкульоз. Одна сестра вийшла заміж і переїхала у сусіднє село. Брат Андрій був дуже активним суспільно-громадським діячем, Гнат не був такий активний, а наймолодший – Дозьо, загинув у більшовицькому війську. Його забрали як призовника і він пропав безвісти. Його дружина жила дуже довго, коли я перебував в Монастириськах, то з нею говорив. Вона дуже вболівала через це.

Ситуація була як зазвичай у селі. Я, як селянський син, мусив так само як всі інші пасти корів і ходити до школи (дехто на еміґрації каже, що вони були великі пани і такого не робили). Я закінчив сьомий клас у рідному селі. Пізніше поступив до ліцею у Підгайцях, але через фінансові труднощі було важко... Мама сама, четверо дітей. Тому я мусив залишити ліцей. Але суспільно-громадсько, будучи молодим хлопцем, я все-таки працював. Вже у 16-му році мене втягнули до Юнацтва ОУН. Так що я був у Юнацтві. А вже в 1937-му році я став членом ОУН. Тоді ОУН була ще єдина, Коновалець був Провідником. Як я потрапив до ОУН... Спершу мні давали книжки, на цій підставі бачили, що я цим всім цікавлюся, і потім зондували, чи я б погодився, і так воно крок за кроком...

Коли мене прийняли до Юнацтва, я не складав присягу. Сусіднім селом були Голгочі, дуже велике село, воно і зараз велике. Там був головний район [Організації]. У Мозолівці приймали мене [до Юнацтва ОУН], вони були старші за мене, виховники. Тоді я не складав присягу. Але вже у 1937-му році – то я вже присягав. Я повинен був вивчити Декалог, всі правила. Але я не складав присягу на револьвер. Чомусь я не складав на револьвер. Але зазвичай її складали перед револьвером, клали револьвер і присягали. Проте це робили не всюди, це я згодом помітив. Коли ми складали присягу, нас було троє, самих молодих, і всі були з Мозолівки. Один був старший за мене на рік. Ми склали присягу на вірність Україні і на вірність Організації. Зараз я не можу відтворити точно, як це відбувалося, маю лише картинку в очах. Бачу нас трьох... Декалог я мусив знати на пам’ять як «Отче наш». Перше там було: «Здобудеш Українську Державу, або згинеш в боротьбі за неї». Але вже пройшло більше 70 років...

Може нас і записували, коли вступали до ОУН, але ніхто про це не знав. Нас організували в трійці і п’ятірки. Троє членів становили одиницю. І вони не сміли нікому про це сказати. Старші мали п’ятірку, то теж була одиниця, і так само, щоб ніхто більше про них не знав. Напримір, мій брат також належав до Організації, але [тоді] я про це не знав. І він не знав про мене. Мама сподівалася [підозрювала], що брат належить. Про мене вона не знала. Брат не раз приходив зранку до хати увесь мокрий, мама запитувала, а він відповідав: «Що вас то обходить», казав, що це її не стосується. Отже, то була одинока трійця.

Ми ходили у поле дуже часто, сходини були вночі. Там відбували вправи, з крісами [рушницями], але вони були несправжні. Але ми відбували вправи, ходили, робили руханку [зарядку]. То була така маленька частина військової підготовки. Більше влітку, взимку це відбувалося рідше і в хаті. Влітку все було в полі, головно, коли на полях стояло збіжжя високе, бо у нас в околиці не було лісів.

У 1939 році польська поліція помітила, що в селі щось відбувається. Прийшли з ревізією до старшого члена [Організації], який мав сина, який також був в ОУН, проте вони не знали один про одного. Знайшли «Сурму». Це була підпільна газета, яку друкували кордоном. Тоді арештували і старого, і молодого. Пізніше молодий не витримав і всипав [здав нас]. Нас, 8 людей, арештували, старших і молодших. Я був один з наймолодших. Нас тримали у поліції в Підгайцях 48 годин. Потім відправили до тюрми до Бережан. В будь-якому разі, нас усіх розділили, разом в тюрмі ніхто з нас не міг сидіти.

В Бережанах разом зі мною сиділо 8 людей. Порівнюючи польську і більшовицьку тюрми (бо я сидів і там, і там), польська була санаторієм! Ми мали подвійні ліжка [поверхові], кімната була велика, їжа нормальна – померти не можна було. Польська поліція під час допитів поводилася досить належно, хоча мордобиття теж було. Били рукою, всюди. Також штовхали. Але це не було аж так страшно, щоб не можна було витерпіти. У Бережанах ми пробули 2-3 місяці. Мене питали, кого я знаю, я відповідав, що нікого.

Польська тюрма була для нас як університет. Адже там були лише українці, серед яких були люди, які мали закінчену вищу освіту, і вони нас навчали, в буквальному значенні. Був такий Левицький, засуджений на 20 років тюрми. Через те, що йому треба було їхати до Львова у ролі свідка, його перевели до Бережан (може у Львові бракувало для нього місця). Він сидів з нами десь з місяць. Він викладав [читав] нам всю історію, розповідав про ОУН, і ми всі мусили цього слухали. Потім він поїхав до Львова свідчити, а коли повертався, мав домовленість... В Божикові... Коли поїзд їхав з Потутори до Підгаєць, то дуже поволі, оскільки то було уверх, там [Левицький] попросився до туалету, вискочив через вікно та й втік. Це була колосальна афера тоді [скандал]. Його не знайшли. Він мав домовленість. Організувати домовленість в тюрмі дуже легко. Кожен з нас знав мову жестів; можна було чи перестукатися, чи жестами рук [організувати домовленість]. Я мову жестів знав ідеально. Для прикладу. Буква «о» – показуєш око, буква «з» – вказуєш на зуби і т.д.

В Бережанах ми сиділи до суду. Суд прийшов і нас усіх засудили: когось на 7, когось на 5 років. Мене, як наймолодшого, і ще одного хлопця засудили на 1 рік тюрми і 5 років позбавлення громадянських прав. Просто за те, що я був членом ОУН, адже це була заборонена організація. Потім ми ще посиділи 2 тижні, і тоді зібрали з Бережанської тюрми всіх молодих, які були. Приблизно 10 осіб. І вночі нас перевезли до Львова до Бриґідок. Все те уночі робилося. Ми їхали поїздом в окремому вагоні. Також до Бриґідок привезли хлопців і з інших в’язниць. Так що у камері нас було понад 22 особи. Ми прибули десь о 4-ій ранку, а о 7-ій ранку всі повинні були встати, бо були збори, так званий «апель». Приходив «пжодовнік» [назва чину в польській поліції] приймати «апель».

Нас посадили до камери, де вікно було напроти іншого вікна. Звідти нас одразу попросили вказати, хто ми? Ми вказали, що ми політичні в’язні, а в камері одна молодь. Звідти нам передали азбукою, що вони всі протестують і на «апелі» нічого не говорять. Протестують проти знущань над в’язнями у Бриґідках. За 10 хвилин зверху на ниточці приходить «штафета» [записка] про те, що вони солідарні з усіма в’язнями і просять нас про те саме.

До нас приходять і вітаються, а ми – нічого. До нас ще раз: «Dzień dobry», а ми – нічого. Потім виступає старший серед нас і каже українською про солідарність між в’язнями, щоб нас не катували. Його вивели у коридор – тлумлять! Він кричить. Відпустили. Тоді знову заходить до нас: «Dzień dobry!». Нічого не відповідаємо. Вони виводять в коридор наступного. Третім приходжу я (бо вже встановилася черга). Я теж нічого не говорю, ми ж солідарні. Мене вже не виводили в коридор. І потім ми ніколи не спілкувалися з працівниками в’язниці, розмовляли лише українською, вони «dzień dobry», а ми – «добрий день».

Ми сиділи там місяць. У залі був жах, дуже брудно. А найгірше нас дістали клопи, які лазили по стелі. Коли ми прибули, виглядало, ніби там нікого не було, коли зняли хрест [зі стіни], то під ним все було в блощицях. Деякі страждали, спали на столі (стіл там був великий, бо й зал великий) і їх дуже сильно кусали. Блохи кусали і все опухало. Не всіх кусали, але три особи були повністю в ранах, так їх кусали. Мене та інших не кусали. Але перед виїздом (правда, я тоді ще не знав, що нас будуть забирати) мене так покусали, що я весь розпух. Тоді оголосили, що наступного дня ми виїжджаємо, всі, та дехто з інших камер. Тоді нас, близько 50 малолітніх хлопців, запакували у вагони і привезли до Варшави.

Так ось, нас усіх привезли до Варшави. Ми чекали завантаження у інший поїзд. До нас прийшли і почали говорити польською. Ми відповідаємо українською, кажемо, що за конституцією маємо право так розмовляти. Нам відповідають, що ми ж у Варшаві, в столиці! Ми кажемо, що конституція обов’язкова всюди. Нас тримали приблизно 8 годин. Ми не поступилися. Аж потім прийшов чоловік з УНР [Українська Народна Республіка], бо там було багато старшин з УНР. Цей полковник українською нам каже: «Хлопці, ви всі вмієте розмовляти польською, ви у столиці Польщі, вони тут не розуміють української. До того вони всі знають, що ви знаєте польську. Тому – хочете ви цього чи ні – ви повинні відповідати польською». І тоді ми здалися.

Ми здалися, нас нагодували, завантажили до іншого потягу і привезли до Плоцька. Там нас розділили. Везли нас в окремому вагоні і всі були закуті у кайдани. Коли не везли, то по двоє, а коли нас везли – то закуті були по 8 осіб, був один кайдан на всіх (посередині був ланцюг і всі 8 були до ного приковані). Це був спеціальний вагон для в’язнів.

Коли нас привезли до Плоцька, ми жили у кімнатах по 4 людини, також були двоярусні ліжка. Кімната була дуже маленька, ліжка стояли поруч, ледве можна було пройти. І так ми сиділи... Ми могли отримувати польські газети, тому ми вже знали більш-менш, що діється у світі. Ми сиділи там приблизно 2,5 місяці.

Одного разу чуємо, – якесь велике заворушення, щось відбувається, щось трубить, якісь алярми [тривога], сигнали. Про що ідеться – не знаємо, бо ми в тюрмі і не маємо віконечка, щоб подивитися. Ми зрозуміли, що кидають бомби. Слухаємо, що там в коридорі... До нас ніхто не приходить. Один день не дають їсти, другий день не дають... Чуємо, на коридорах кричать. Тоді ми вчотирьох взяли лавицю і як почали бити! Вибили двері. А це була дуже велика, славна тюрма, там ще сиділи австрійські в’язні, що були засуджені на довголіття. Ми вийшли в коридор – нікого. Що робити? А ми були у цивільному одязі. Щось мусимо робити. Всі пішли до канцелярії, там кожному видають маленьку червону карточку з печаткою, що означало, що він звільнений з в’язниці. Ми всі взяли цю картку з печаткою. Це були наші єдині документи. Ми розділилися, я був у групі з восьми чоловік. Куди іти? Ми вирішили піти на Варшаву. Ми йшли дорогою. Ми не знали дорогу, питали у людей польською про Варшаву, і нам вказували. Тоді ми вже польською говорили, щоб не видавати себе... На дорозі багато людей, військо втікало, це був жах! Коли почали кидати бомби, ми розбіглися і нас залишилося четверо. І у такому складі ми прийшли до Варшави.

Був страшний голод, не було чого їсти. Ми просили у людей, деякі давали, деякі ні. Ми прийшли до Варшави, а її збомбили. Перед нами, на відстані може 500 метрів, кинули бомбу. Залишилася страшна яма. Ми як це побачили, відразу почали чимскоріш тікати з Варшави. Так ми залишили Варшаву вчотирьох.

Вирішили йти до Львова. За Варшавою ми зорієнтувалися, за яким напрямком іти. Ідем. Ночували у полі, бо іншої можливості не було. Враз почали кидати бомби, такі маленькі, на цивільних людей, а ми в картоплиненому полі: один побіг туди, другий сюди, в результаті ми знову розлучилися. Залишився я і ще один хлопець.

Ми йшли далі. І знову кидали бомби. Так я залишився один.

Весь час на дорозі було багато людей, втікали цивільні, але передусім втікало військо. По дорозі ми знаходили хліб, вимочували у воді і їли. Збирали яблука, адже це вже була осінь, але вони викликали ще більший голод. Так ішов далі.

Прийшов я до одного поляка, як ми їх називали – до мазура. Він був бідний, у нього була лише коза, навіть корови не мав, і жив осторонь від оселі. А оскільки я мав дуже погані черевики, мої ноги кривавили. Я попросився у нього переночувати, він погодився. Відправив мене спати до сайні, біля кози, але я був задоволений. Маю сказати, що цей чоловік вшив мені з полотна личаки, і я пішов далі, бо інакше я йти не міг.

Дійшов до якогось поїзду, що їхав на Волинь. Я сів туди і приїхав до Топорова. Тоді я зорієнтувався, що це уже біля кордону, що небезпечно далі їхати. Я вийшов, а там люди вже говорять українською. Під вечір я прийшов до якогось села, бачу – стоїть з 50 осіб і радяться. Війна на той час вже майже закінчилася. Я прийшов і почав вітатися українською: «Добрий вечір, добрий вечір, то всьо...». Запитав, чи я б не міг десь переночувати. Так, як були люди – тут же усі розійшлися. Залишився один господар. Інші нічого не казали, просто пішли. Тому господарю нічого не залишалося, бо один лишився, то не личило йому... Тому він взяв мене до стодоли. Я спав там на соломі, нічим не вкривавшись. Я вже вліг, в одязі, як ходив, бачу – а мій господар лізе нагору з косою. Ну нічого.

Я заснув, добре поспав, прокинувся близько 10-ої. Тоді ми вже розговорилися з господарем, і він каже мені, що всі люди розійшлися тому, що думали, що я – німецький шпіон. Тоді я йому розповів про себе. Господар був дуже інтелігентний, дуже бідний, не мав корови, нічого. Я подякував за сніданок і запитав, чи є тут родини, чиї члени сиділи в тюрмі. Він сказав, що є така родина, у якої двоє синів сидять у тюрмі. Одному було 25, іншому щось 15.

Я прийшов до них, і вони мене дуже радо прийняли, то всьо... Я переночував у них, відпочив, помився, вони мене нагодували. Зранку наступного дня я встав, щоб йти далі, а вони спекли «тертюхи», то такі картопляні пляцки, їдять зі сметаною, вони такі високі, пекли в печі. Я з’їв два шматки, але вони дуже погано переварюються. Я подякував, пішов, і тут як у мене схопило шлунок... Я не знав, куди себе діти. Я качався по полю! Пройшов може 2 км, жінка гнала корову і дивиться, що я такий нещасний. «Що вам є?» Я відповів, що у мене дуже болить шлунок. Вона пообіцяла дати ліки. Дала мені ліки: кисле молоко, але в ньому було так багато мух... І я трошки випив. Після того я ожив, бо я все з себе віддав, через мух. Чи вона це спеціально подала з мухами, чи ні, – я не знаю. Але думаю, що це було нормально по селах, що сідали мухи, можливо вони [селяни] потім це проціджували. Це було жахливо: тут крило, тут голова... Як я подивися... Але я ожив! Я цій жінці дотепер вдячний. Бо у мене міг бути заворот кишок, тоді мене б не змогли врятувати.

Отже, я ожив і далі йшов пішки. Всюди притримувався дієти, просив або теплої води, або чаю, чи сухого хліба. І так я дійшов до Золочева. Там я побачив, як відбувалася війна, як була постріляна худоба. І таким чином я пішки дістався до свого села.

Коли [в 1939 р.] польське військо відступало, прості люди не те, що нападали на нього, а радше хотіли просто відібрати зброю. Я цього не бачив, але таке мені говорили. Так само робили з більшовиками у 1941 році, коли німці наступали, Організація просто відбирала зброю, а воякам нічого не заподіювала. В більшості вони віддавали зброю, тільки деякі відстрілювалися.

Я дійшов до свого села, до нормального життя. Але життя не стоїть на місці, треба щось робити. Тоді я записався до школи у Підгайцях. У той час в нас були більшовики, це була Тернопільська область. У школі нас в одному класі було 8, 7 було з Мозолівки, а один – тепер магістр Ленек – був з іншої місцевості, ми його прийняли. І так ми закінчили 8-ий клас.

В школі був дуже хороший партійний інспектор, з Великої України, завпед [завідувач педагогічної частини]. Директором був Юхнович, він був... ех який партійний, а завпед був лагідний. Вони були з України, як і більшість вчителів. Отже, інспектор (бо там було багато хлопців з Oрганізації) дав нам зрозуміти, щоб ми вважали, бо за нами уже слідкують.

Тоді якраз відкрилися трьохмісячні вчительські курси. Він сказав так: ви всі вважайте то всьо, але нема вчителів, бо раніше вчителями були поляки та інші, тому ви ідіть [на курси], бо треба молодь навчати. Ми всі старші пішли на учительські курси і закінчили їх. Середньої освіти ми не мали, але нас прийняли на курси. У нас на той час було більше знань, ніж у вчителів, які приїхали з України.

Я закінчив курси і мене призначили вчителювати до Вишнівчика, біля Зарваниці. Це було маленьке містечко і там була неповна загальна школа, 7 класів, ще за Польщі вона там була. Там було уже більше поляків, трохи жидів. Початково я навчав там перший клас. Діти були мною задоволені, вони мене дуже любили, хоч я був дуже строгий до них.

Четвертий клас навчала жидівка. Через 3 місяці несподівано приїхав інспектор з Золотник, не попереджаючи про візит. Чую – у класі кричать щось страшного, а вчителька ще більше кричить. Інспектор пішов до директора, котрим був Дурдела, родом з Вишнівчика. Він сам у молодому віці був комуністом, навіть відсидів у тюрмі, потім поїхав до Америки, згодом повернувся і став директором. Завпедом була Монастирська. Войтович з жінкою, який закінчив теологію у Львові, теж вчителював. Отже, тоді інспектор наказав тут же звільнити її, тому що вона не підходила, а мене поставили навчали четвертий клас. Жидівка була не професійною вчителькою і мусила залишити роботу в школі.

В лютому, на початку лютого, або наприкінці січня, 1941 року, були арешти у Мозолівці (мені повідомили), тому я очікував, що і мене можуть арештувати. У той час я вже навіть не належав до Мозолівки [до ланки ОУН в Мозолівці], оскільки я звітам пішов, а у Вишнівчику ще не належав, оскільки я нещодавно прибув, хоча з усіма я був знайомий. Тоді я перестав ночувати у своїй хаті, ночував у добре знайомих поляків. Одного разу я прийшов... Я навчав четвертий клас зранку, а перший – після обіду. Я не боявся, що мене заарештують у школі, бо як правило вони приходили з арештами вночі. В той час я жив в постійній готовності до затримання. Отже, я прийшов з уроків до канцелярії, а там сидять три НКВДисти і один міліціонер з Мозолівкі, він був фатальний. Коли я зайшов, він лише махнув головою, тому я відразу зрозумів ситуацію. Мені наказали зібратися і йти з ними. Я вже розумів, що мене арештують. Два вози приїхали [за мною], це була зима. Мене посадили на віз (всі з готовими для пострілу крісами) та відвезли до Підгаєць, до тюрми.

Там вже почався сюрприз. Почали бити і все інше. Відразу хотіли вибити з мене признання, що я належу до Організації, з ким я знайомий, то всьо. Але вони не знали, що я вже бувалий в’язень, був загартований від цього. Тримали мене три дні. Перевезли до Тернополя. Помістили у камеру. А я, як старий в’язень, то вже розумів як то все відбувається. Мене помістили на перший поверх до 21 кімнати. Я заходжу у цей зал, а там 70 осіб! Нема ні ліжок, нічого. Лише підлога. Всі були українцями-політв’язнями, окрім трьох поляків і одного жида. Я привітався. В’язні, як пасічники, відразу один одного пізнає. Я знайшов там також знайомих то всьо.

Два тижні мене не викликали. Ми спали в двох рядах на підлозі. Один головою туди, другий сюди, бо бракувало місця. У нас нічого там не було.

Після двох тижнів мене покликали близько 10-ої ранку. Система у них була така: той, що відчиняв двері, приходив і кликав на букву К. Тоді всі казали свої прізвища на букву К. Я сказав «Комаринський» – «Собірайсь!». Мене повели до слідчого. А слідчим був якийсь киргиз. Так він викликав мене на допити 8 діб: зранку з 10-ої до 14-ої, і вночі з 22-ої до 2-ої. Мене так катували, що я вже не міг йти, до камери мене вели. Якби не в’язні, я б мабуть сказав те, що вони хотіли, хоча це було б і неправдою. Але коли я повертався у зал, в’язні мене підбадьорювали. Інші, хто вже був на його слідстві та знали його методи, казали, що ніяк від нього не врятуватися, лише якщо нічого не говорити, немов німий.

Останній раз я прийшов... А я був вже такий худар [дуже худий], важив 48 кг, це означало, що за три місяці я втратив майже 30 кг. Я нічого не говорив. То він мене так довів з тим биттям... А головно... От якщо є стілець, або дощечка, і ви мусите сісти на дощечку: ноги вниз, а руки за голову. І він тоді відбиває ту дощечку, а ви усім тілом падаєте. Або якщо сідаєте на стілець, на самий край. Ви сидите, а вам натискають на стовб хребетний, і так 5 хвилин чи більше, ви умліваєте, і врешті падаєте. Це була найстрашніша мука. До биття, те, що вони гумовою палицею били, до цього можна звикнути, ну б’є, найгірше було те, коли ви падаєте і він вас тоді масакрує [нівечить]. Я увесь час нічого не говорив, але врешті терпець увірвався і у мене вирвалося: «Боже, Боже! Я б над худобиною так не знущався!». Коли він це почув – мене занесли до камери, в’язні поклали на долівку то всьо. Після цього мене не кликали місяць.

Після місяця увечері приходять кликати на букву К. Я заходжу, а там був якийсь старший слідчий. Вже звертався до мене українською, то всьо. Запитував, а коли чувся рух в коридорі – казав мені вставати. Я стояв. Рух минув – сідай. Він мене не бив, тільки спокійно запитував.

Один раз мене викликав, другий раз, все було так само, але дві години я мусив з ним бути. Третій раз він мене покликав, я сиджу і він сидить, нічого не говорить. Прийшла якась комісія, 6 чоловік. Можливо це були якісь генерали, вони мали великі відзнаки на вилогах [лацканах], ну, енкавудисти. Все переглянули, нічого не сказали, пішли. Я підписав протокол, який складався після кожного допиту, що я нічого не знаю. Я підписувався довгим письмом. Мені в’язні підказали так підписуватись, мовляв, щоб не можна було тебе упізнати в цьому підписі.

Так я сидів ще два тижні. Після двох тижнів, однієї ночі, 3-4 дні до того, як мене знову викликали, мені наснився сон у тюрмі. Був старший сусід там, де я жив, який був неграмотний, але мав феноменальну пам’ять. Коли я був ще вдома, молодим, я читав йому книжки, і він все запам’ятав, а потім розповідав людям. І ось тепер мені сниться, що я в його хаті, і мені являється Божа Матір на всіх чотирьох стінах. Я дуже молюся, та дуже плачу. Я дуже молився і плакав уві сні. В’язні одразу кинулися до мене: «Що з тобою!? Що сталося?». Я їм розповів про сон. В’язні тоді не мали особливо що робити, ні читати, нічого, то кожен взявся інтерпретувати мій сон, і кожен інтерпретував його інакше. Після цього, через 3-4 дні, мене знову викликали, з речами. Кличе: «На букву К.; Давай собірайсь с вєщамі». В’язні кажуть по-різному, одні кажуть – на волю, інші – у Сибір вивозять. Невідомо.

Я прийшов вниз. А там [в коридорі] були каютки, одна, друга, третя, маленькі, там людина могла тільки встати і обернутися, і не повинна була озиратися, а стояти у каютці. Я стою годину, півтори – мене не кличуть. Нарешті викликають до шефа тюрми. Він просить підписати, що мене звільняють, дають гроші на квиток (хоча у мене були гроші), все, що я чув, бачив і що зі мною було [в тюрмі], я не повинен розповідати навіть рідній мамі. А також, що я мушу з’явитися у НКВД за 8 днів, в Підгайцях. Відпустили з тюрми, я став і буквально не знаю, що з собою робити? Що далі? Йду на станцію, а там просто маса НКВДистів! Я боявся більше, ніж в тюрмі, бо там я їх не бачив! Вирішив бути подалі від цього місця – пішов пішки.

Я прийшов до хати, мама та вся родина зраділи, то всьо. Побув у хаті 4 дні і пішов у підпілля. Я вже спав по стодолах, в дальшому селі на Бучаччині, в Переволоці. Я був там у підпіллі, аж доки не прийшли німці. Я впевнений, що мене взяли б ще раз! Без двох слів! Тим більше, я повинен був з’явитися у НКВД: або працюй, або іди далі до тюрми. Тож я переховувався. Підпільників тоді було багато, таких, що переховувалися, не тільки я. Власне з підпілля створилося УПА. Підпільників було дуже багато...

Стосунки в українських селах з поляками

Це залежало в яких селах. В деяких були добрі відносини, навіть були дуже часті випадки, коли поляки одружувалися на українках, а українці одружувалися на польках. Наприклад, сестра моєї мами вийшла за старшого поляка, у них було дві доньки-українки, а від першого подружжя чоловік мав двох синів-поляків з активною позицією, таких називали тоді «стжельци».

Кривавий конфлікт польсько-український можна пояснити тим, що останнім часом (від 1932 року) поляки почали дуже активно виступати проти українців. Наприклад, пацифікація. Це була страшна річ. В моїй Мозолівці знищили півсела. Як це розуміти? Знищили будівлі, повністю знищили кооперативу, Просвіту, господарства, все зруйнували. Як вони це робили? Напримір, у вас там була хата, зайшли до вас, побили увесь посуд, перини кидали у колодязь, все нищили. Людей не вбивали, а побивали. Люди втікали.

Наше село було дуже свідоме. В ньому були і комуністи, і соціалісти, але найбільше було націоналістів. Наприклад, у селі, що мало 290-300 номерів [дворів], членами Просвіти було близько 400 молодих осіб. Соціалісти-каменярі [Союз Української Поступової Молоді ім. М. Драгоманова «Каменярі»] хотіли зайняти Просвіту, і націоналісти хотіли. Через це кожні 6 місяців відбувалися вибори, тому що якась зі сторін опротестовувала результат пепередніх. Оскільки це було свідоме село, а поляки стали знущатися над цим [боротися з такою позицією], тому організували пацифікації. Наприклад, одного дня до Мозолівки приїхала кіннота (спеціальне каральне військо). У них був список осіб, яких вони мають... Вибивали їм вікна, нищили майно. Люди тікали. Якщо зловили, – їх били. Одного чоловіка забили до смерті. У списку було 12 господарств, які вони мали знищити, а також Просвіта, кооператив, молочарня, все було знищено.

Приблизно 2 км від Мозолівки був польський фільварок. Організація підпалила там польські скирти. Команда з пацифікації була у Вишнівчику, 9 км від Мозолівки. Вночі згоріли скирти, наступного дня приїхали поляки, а тому, що у Вишнівчику жили також поляки, то вони взяли з собою і цивільне населення. Вони приїхали і почали від початку села [руйнувати], зруйнували півсела. Займалися тим цілий день. Нищили майно, перини розкидали, розсипали збіжжя, били людей, дітей. Так зароджувалася ця ненависть, з 1932 року.

Якщо село свідоме, воно в курсі всіх новин. Приміром, про те, що [поляки] Басарабову знищили [Ольга Басараб, 1889-1924, м. Львів], інших політв’язнів у Львові повісили, все це було підставою для ненависті. Такі дії [поляків] сприяли цьому. Проте загальної ненависті не було. Вона з’явилася більше уже за німців. Коли було створено АК, а головно на Волині. На Волині вони палили цілі українські села. Щоб протидіяти цьому, було зорганізовано УПА. І УПА протиставилася проти цього. Це не було так, що українці були [виступили] проти поляків, першими почали поляки.

Був випадок біля Монастириськ. Це було повністю польське село, українська поліція там служила [за німців], ходила і контролювала. Тих двох поліцаїв поляки розстріляли, просто за те, що вони несли службу. Тоді УПА вирішило знищити 4-5 назначених польських родин в тому селі. Вони прийшли, а з костела посипалися постріли. Провідника УПА тяжко поранили, він потім помер. Він наказав спалити село, і його спалили (людей майже не вбивали). Та ненависть повторилася, то була дуже важка історія. Постріли посипалися з костела. Вони [упівці] пішли до костела, але нікого не вбили, навіть священика, хоча там знайшли колосальну кількість зброї. То, власне, є та проблема... Але загально цього не було.

Каральне військо діяло не тільки у Мозолівці, але Мозолівка була спеціально знищена найбільше. Є навіть книжка про пацифікацію Галичини, Мозолівка там виділена дуже яскраво. Коли вони [спеціальне каральне військо] з’являлися – люди казали: поляки приїхали...

Прихід німців у 1941 році

Якщо чесно, я сприйняв це з великим ентузіазмом. Ніхто в селі не читав «Майн Кампф», всі думали, що більшовики втікають, а приходять визволителі і ситуація буде цілком інакша. Така думка панувала до того часу, поки німці не арештували членів Проводу [ОУН] у Львові. А початково був не тільки ентузіазм – Організація німцям допомагала. Наприклад, німці йшли гостинцями [головними дорогами], а інші [дороги] очищували люди, і забирали зброю. Німців прийняли як визволителів. Все виявилося лише після арештів. Організація та люди допомагали, бо прийшли визволителі! Наказу Проводу ОУН допомагати німцям не було, це була стихійна реакція людей на прихід, як вони думали, визволителів. В селі ніхто не читав «Майн Кампф», тому люди й не знали, які плани були у Гітлера. Це вийшло тоді, коли почалися арешти.

Це були жахливі часи. Кожна свідома людина сиділа тоді на пакунках, в готовності в будь-який момент тікати. Інакше не могло бути. Напримір, я знав отця Гайдукевича з Підгаєць, так в його родині все було спаковано. Вони вважали, що їх будуть вивозити у Сибір.

Ще один випадок. Гайдукевич був деканом, дуже поважною людиною. Він особисто розповідав, коли ми сиділи, що однієї ночі до нього прийшов шеф НКВД з Підгаєць, з дружиною і дитиною. Каже: «Батюшка, охрести дитину!». Отець відповів, що йому не можна, але шеф наполягав: «Ні, ти охрести мені дитину, бо моя бабушка не дає мені жити!». Просив ніде цього не реєструвати, лише охрестити. Отцю нічого не залишалося і він охрестив дитину, і ніде цього не записав. То є такий приклад цього, які там були люди: він був шефом НКВД, але мама дружини конче хотіла охрестити дитину. І то люди з великої України! І таке тоді бувало.

Отже, я пішов у підпілля, прийшли німці – я вийшов с підпілля. У своєму селі я організував молодіжну організацію «Січ». Молодь приходила кожного вечора на збори, ми робили руханку [зарядку], читали реферати, які давали нам старші.

Пізніше я записався до Торгівельної Академії у Львові, я вже більше не був у Мозолівці, я переїхав до Львова. У 1942 році я її закінчив і пішов працювати до Бучача у місцеву районну молочарню. Спершу я був помічником бухгалтера, потім – головним бухгалтером. Окрім того, я й надалі належав до Організації, у Бучачі, був навіть в обласному Проводі.

Потім до Бучача прийшли більшовики. Я знову пішов у підпілля, в 1944 році. Знову те саме село, той самий бункер. Бункер був у стайні, нижчий за цю кімнату, на 6 осіб. Вхід був з жолоба. Там нас сиділо троє, я і ще двоє з Переволоки, що належали до Організації. Але це тільки вдень. Вночі Організація працювала на повну. Більшовики вночі не ходили – боялися. Якщо і ходили, то групово, по 20-30 осіб.

Більшовики дійшли аж може 50 км за Галич, біля Львова уже були, а потім німці їх відбили до ріки Стрипи, що переходила через Бучач. Одна його частина була під більшовиками, інша – під німцями. Коли німці відкинули більшовиків, я перейшов з Переволоки до Мозолівки, 12 км.

Був дуже цікавий випадок, стався у Переволоці. Прийшов німецький полковник, коли більшовики вже там були. І цього полковника німецької армії переховали у цьому селі! Не в тому бункері, де ми були, а в іншому. І потім, коли повернулися німці, він до них приєднався.

Люди, вдруге побачивши більшовиків, зрозуміли, що у них система не змінилася, що то ті самі більшовики [які прийшли в 1939 році]. А ще, прийшовши удруге, більшовики почали масово забирати молодь до війська – чи має людина зброю, чи ні, і відразу на фронт. І тоді люди почали масово втікати. Наприклад, з Мозолівки на еміґрації було близько 60 осіб. Всі втікали, всі ховалися. Вони не змогли тоді повністю себе проявити, оскільки німці нагло відбили атаку і більшовики мусили нагло втікати за Стрипу. Але за Стрипою, де вони лишилися, було жахливо.

У Великодню П’ятницю в Мозолівці, я саме був на луці, до мене прибігла наймолодша сестра. Каже: «Грицю втікай! Мама казали втікай, бо більшовики вже у сусідньому селі». Я повернувся до хати, взяв те, що мав з собою. Мій швагер [шурин], теж належав до Організації, і разом ми втекли до Вербова. Там швагер залишився, а я поїхав до Жовчева, звідти – до Львова, до Ревізійного Союзу. Там сказав: «Я приїхав, щоб ви дали мені якусь роботу». «Ідіть на директора молочарні до Солотвини.» Солотвина, це уже в Карпатах. Я сказав, що не піду до Солотвини, тому, що туди прийдуть партизани, заберуть масло вночі; прийдуть німці, заберуть масло вдень, а директора розстріляють. Тоді вони запропонували посаду бухгалтера в Бібрці, біля Львова. Тоді я пішов туди. Директором там був Козакевич, який потім був тут на еміґрації. Там я працював до 14 липня 1944 року.

14 липня я з товаришем Юльцьом [Юліан] мали йти до УПА. Проте, в Стрию ми не змогли зловити зв’язок, бо всьо втікало, нагло втікало... Так ми дійшли аж до Команчі. Там була маса народу, українців і то всьо. Там ми хотіли знайти зв’язок з Організацією, і нам майже вдалося, але люди застережували нас, тому що підходили поляки, вербували людей і потім розстрілювали. І пропадали. Тоді вся наша група з Бібркі (людей їхало маса, возами то всьо) переїхала до Нового Санчу, там люди продали коней то всьо. Поїздом нас перевезли до Кракова, де ми просиділи у бараках два тижні. Потім нас перевезли на околицю Братислави, щоб ми всі допомагали будувати летовище. То було на німецькій території, а через ріку вже була Словаччина. Мостом ми переходили до Братислави, до лікаря.Через те, що дуже погано себе почував, я пішов до лікаря, який виписав мені довідку. Оскільки у мене був стрик [дядько] у Чехословаччині, і я отримав від нього листа про те, що він мене готовий прийняти, то я переїхав до Чехословаччини. Тоді я уже трохи знав німецьку мову.

Я переїхав до стрика, а там нас знову застали більшовики. Ми втікали. Нас було чотири родини, і ще троє цивільних хлопців, таких як я, не одружених. Ми втікали візочками, раптом через радіо сказали, що американці приходять до Праги. Ми повернулися, а за два дні прийшли більшовики. І що робити?! Добре, що громада раніше нам видала посвідчення. Я написав у своєму, що їду до Львова, хтось написав, що їде до Парижу, хтось – до Кракова.

З тими посвідченнями ми прибули до Пільзна. У Пільзні ми переночували у готелі, бо не мали там знайомих, це було незнайоме місто. У готелі нам сказали, що є табір. Наступного ранку виходимо удвох на вулицю, ходимо туди-сюди, аж тут до нас підходить чоловік. Запитує: «Ви українці?» Ми відповіли, що так. Він запитав, чи ми хочемо потрапити до табору. Ми не знали, що віповідати. Чоловік сказав, що в одному напрямку є табір для тих, хто виїжджає на «родіну» [рос.-батьківщина], а внизу є табір для тих, хто виїжджає на Захід. Ми сказали, що хочемо на Захід. «То ідіть швидко до готелю, тому що вони контролюють всі готелі і забирають людей!»

Мої супутники забрали валізки, а у мене нічого не було, лише драна торбина з моїми речима. Ми перелізли під дротом до табору. Нас прийняли. Це була чиста полонина, була лише стайня, де коней тримали. Були старі бараки, то ми собі там зробили трикутний дашок для ночівлі. Вночі як вгатить дощ, і ми разом з тим бараком всі попливли. Нас взяли спати до стайні. Там ми вже познайомилися з українцями, що там були. Ми прожили там цілий місяць.

Там [недалеко] були великі бараки, де [німці] утримували французьких полонених. Вони від’їхали додому і тепер нас туди перевели. А поки ще нас перевели, у тому першому таборі, вибирали коменданта (американці сказали це зробити). Був такий Кирницький зі Львова, він перфектно знав польську, ми обрали його комендантом. І коли ми переїхали до бараків, то ми вже більш-менш знали хто українець, і ми всі разом перейшли до 12-го блоку. Коли приходили нові, комендант розпитував їх звідки вони і т. п., а потім тих, хто українець, призначав до 12-го бараку. Вони заходили, а там всі українською говорять. Там ми створили український хор... Бо там майже всі були українці, формально однак числилися як поляки [оскільки були громадянами довоєнної Польщі]. Ми не могли там виступати як українці. Але ми всюди розмовляли українською, навіть давали концерт. Там було лише кілька поляків, які теж втікали. Ми там пробули до вересня.

Потім нас перевезли поїздом... Яким поїздом? На відкритих вагонах, на «льорах». Ми не знали, куди нас будуть везти. Був такий Гамерській, інші, що ми були на одній «льорі», і ми всі дивилися: якщо будуть везти на захід – ми їдемо, якщо на схід – вистрибуємо з поїзду; то не було б складно, бо ми нічого не мали.

Нас привезли до Вюрцбурґу. Там нас тримали 6 годин. Було кільканадцять родин поляків, то їх там викинули, оскільки у Вюрцбурґу був польський табір. Далі нас привезли до Ашшафенбурґу, це було місто між Вюрцбурґом і Франкфуртом-на-Майні. Там ми отримали один блок у колишніх військових казармах. Коли ми прийшли до тих казарм, там були поляки, навіть у поліції, зі зброєю. Поляки хотіли самі нас розділяти по кімнатах. Але ми поставили руба питання і настояли на тому, щоб ми це робили. Американець сказав, що лише ми можемо розділяти себе, а не поляки. Тоді поляки затихли.

Коли комендант, той американець, що нас супроводжував, подивився на той блок: вікна побиті, все брудне... Коли він через три дні знову прийшов, то побачив, як українці все почистили, і менш, ніж за місяць, звільнив другий, де були поляки, а потім і третій блок, так, що були одні лише українці. Це був дуже гарний табір. Там ми вже признавалися, що ми українці, проте – українці з Польщі.

Перше, що ми відбудували... У першому блоці з гаражу ми зробили церкву. Був отець-доктор Хрущ, він був парохом Кракова. Там була майже одна інтелігенція. Загалом, в Ашшафенбурґу було 4 казарми, дві з них польські, де теж між поляками були українці. Одну потім звільнили і завезли туди українців з Байройту.

В Ашшафенбурґу в 1948 році відбувся з’їзд українців і було вибране Центральне Представництво Української Міґрації.

З Ашшафенбурґу я переїхав до Регенсбурґу, там було близько 7 тисяч українців, це був великий табір. Там були всі школи і Український технічно-господарчий інститут, який я скінчив. Потім нас перевезли до Ульму, з Ульму до Кенкецу. У 1952 році я переїхав до Мюнхену. У 1954 році я почав працювати в Українському Червоному Хресті, і в Технічно-господарчому інституті, і в Пласті... Ціле життя я працював. Я працював до 2005 року кожного дня.

Українці з Мюнхену

Мюнхен був центром еміґрації, але, на жаль, багато людей виїхало і багато вимерло. На цвинтарі це видно.

Перша нова [післявоєнна] еміґрація прийшла з Польщі. Всі, хто втікав з Польщі, прибували до нас. Я всіх їх особисто знав. Це було тоді, коли їхали до Риму на святкування [очевидно на святкування Тисячоліття Хрещення України у 1988 р.], 1980-ті роки. Багато приїхало до Австрії... Я їх всіх відвідував в межах роботи Червоного Хреста. Згодом вони також еміґрували, найбільше до Канади, тут трохи залишилося.

Тепер прийшла нова еміґрація [розмова записана в 2011 р.], з України. Вона дала трошки нової крові. Тільки це не є така еміґрація як колись, політична, а більш, я б сказав, заробітчанська, економічна. А ще вона більш націлена на тимчасове, а не на постійне перебування. Через це вона не включається повністю у громадське життя. Це є та проблема... Але еміґрація з України дала нову кров, так само як нова еміґрація з України в Америці та Канаді, і оживила усе суспільне життя.

Можна було б ще багато говорити... Зокрема про українські політичні ситуації тут, на еміґрації. Для прикладу, говорити про те, які тут були партії, які вже не існують, а колись були дуже сильні. Напримір, колись тут були дуже сильними соціалісти, сильна партія була, «гетьманці»...

Асиміляція серед представників післявоєнної хвилі еміґрації

Я б не сказав, що асиміляція була сильною. Асиміляція, це нормальне явище, так само є в Америці і Канаді. Люди асимілюються, але почувають себе українцями. Людина почувається американцем але й українцем. Ці люди майже не говорять українською мовою, але почувають себе українцями. Поляки більше піддалися асиміляції. Коли я був у Детройті вперше, там були польські вулиці та багато чого польського. Зараз цього всього немає, поляки асимілювалися. Раніше в Америці їх було близько 15 мільйонів. Але вони далі тримаються. Не зважаючи на те, що говорять лише англійською, але вони «польонія» [так поляки називають всіх тих поляків, які живуть поза Польщею]. Так само, як і українці, чия діаспора нараховує, як рахують, 20 мільйонів, зараз, коли з України виїхало 5 мільйонів.

Ви розчаровані нинішньою ситуацією в ОУН?

Я не розчарований. Я розчарований деким з Проводу. Напримір, я розчарований був Стецьковою [Ярослава Стецько, у роках 1991-2001 – голова Проводу ОУН(б)]. Вона фактично загирила [розтратила, загубила] Організацію. Організація могла сьогодні дуже добре існувати. У нас з нею було засідання, де вирішували, чи створювати Конґрес Українських Націоналістів в Україні, чи той... Нас було кілька людей за те, щоб створити Українську Національну Партію, а не націоналістичну. Бо Конґрес Націоналістів, то все правильно, тільки на Заході люди сприймають націоналізм як фашизм, вони того не розуміють. Але вона була уперта, не погодилась.

Далі. Вона не поїхала відразу в Україну, не зареєструвала Організацію, Організація є підпільна. Я виступив офіційно проти цього, я, як старий член Організації, виступив проти цього, це опубліковано в газеті. Я не виступив з Організації, я залишився бандерівцем, я виступив проти цього, як вела Організацію Стецькова. Я їй казав, що є члени Організації, які по 25 років відсиділи за Україну, вийшли з тюрми, ожили, живі, а вона приїхала в Україну і не визнає їх, бере на посади не їх, а людей ззовні, людей, які не мають до цього відношення, а тих викидає з Організації. Це були колосальні проблеми і це відбувається. Напримір, тепер є «Свобода» [українська націоналістична партія, зареєстрована в 1995 році, діяла з 1991 року, до лютого 2004 року мала назву Соціал-Національна партія України], це добре, така націоналістична організація, проте вона позбавлена шансу увійти в уряд.

Церква

Я був у будівельному комітеті ще до приходу єпископа [Платона] Корниляка, ще був генеральний вікарій [Петро] Голинський. Ми збиралися будувати церкву там, де зараз Єпископська екзархія. А оскільки сусіди не погодилися (будівля мала бути 6 метрів від сусідів, було мало місця), ми вирішили будувати церкву деінде. Була проблема, тому що там стояв військовий барак і вони... [довго не вирішувади цього питання]. Пізніше німці дали нам цю площу [де зараз храм]. Тут повинні були будувати церкву, був проект будівництва університету, будинку престарілих, але потім вирішили будувати лише церкву.

У нас був проект будувати церкву в українському стилі, не з однією, а з п’ятьма банями, але німці не погоджувалися. Вони вважали, що архітектурний стиль мікрорайону не підходить для цього. Єпископ трохи не прислуховувався до нас, він взяв архітектора німця, німець не дуже нас... Ми могли будинок [парафіяльний] збудувати трохи більший і трохи вищий. Але побудували [менший]. Дуже добре, що у нас є своя церква, свій будинок, свої приміщення, мають свої приміщення молодіжні організації: СУМ, Пласт. То приємно.

Я уже старий еміґрант. Я був на інсталяції Корниляка в 1959 році. В церкві прислуговую уже більше, як 25 років, добровільно, ніхто мене не просив, але людина повинна щось робити, а тим більше тепер, коли я вже пенсйонер.

Про скульптуру перед церквою

Це [скульптура] Григорія Крука. Не знаю, який це є номер відливу... Оригінальними були 3 відливи, всі інші – не оригінальні. Не знаю, який це номер відливу, 2 чи 3, проте він це дуже гарно зробив. [Скульптура] вже припала порохом та окислилася, так що не має колишньої краси. Початково вона мала світлий колір, схожий на мідь, а голуб був білий. Ну, але нічого не поробиш...

А цей хрест подарував єпископ з Коломиї. Він його спеціально привіз і тут його встановили.

Далі стоїть пам'ятник Голодомору, тих всіх, хто загинув від голоду в 1932-33 роках. Такі пам'ятники є всюди, де є українська діаспора, і в Україні.

У 1955 році, коли я працював у Червоному Хресті, я відвідав всіх українців в Баварії. Тут були зони: американська, французьска і англійська зона. Я відвідав всіх, з кожним говорив, кожному подав руку. Я був у дорозі півтора місяці. Тому дуже багато старших людей мене знає. А молодь знає мене тому, що я 41 рік був у пластових таборах головним інтендантом. Майже 4 роки я віддав молоді. Перші 4 роки це були табори по 6 тижнів, а потім були по 3 тижні. Ті [люди], що зараз є, знають мене менше, знають мене з церкви. А ті старші – з таборів.

Що в житті найважливіше?

Здоров'я. Якщо немає здоров'я, немає нічого. А друге, для мене, це власна держава. Нехай вона буде бідна, але своя. Це найважливіше. Щоб людина мала почуття, свідомість, що живе в своїй країні. Коли я вперше відвідував Україну, пішов до своєї церкви, 20 хвилин я не міг сказати ні слова. У мене защемило в грудях від того, що я в своїй церкві. Тут я брав причастя, а хрестили мене в хаті. Але сюди я ходив до церкви, молився з мамою. Всі мене питали: «Що з тобою!?». Але нічого не поробиш, це таке пережиття. Ви такого не пережили. Зрештою, всі, хто тут народився, не можуть такого відчути, бо їх боса нога не ходила..

Я хотів залишитися [в Україні], а не втікати перед совєтами, але ситуація склалася так, а не інакше. Я виїхав без нічого! Адже, я збирався вступати до УПА, тож не міг нічого з собою взяти. Але, дякувати Богу, людина своєю роботою, іншим, якось... Якось воно буде, щоб тільки Бог дав здоров’я.

Чи Україна заговорить українською?

Як я це все оцінюю, як я то всьо читаю, ситуація дуже проблематична, дуже. Нас можуть захистити лише олігархи, бо для них важливішими є власне життя та вигода, ніж Україна. І тому, що вони можуть більше торгувати з Європою, а коли буде Митний союз, то вони будуть втрачати, не будуть такими, як є тепер, вони тоді попадуть під Росію, а Росія буде їх так судити, як Ходорковського. Якщо [Україна] піде до Митного союзу [Митний союз – форма міждержавної торгово-економічної інтеграції країн Евразійського економічного союзу. В союз на той час входили: Білорусь, Вірменія, Казахстан, Киргизстан та Росія.], то вона на довгі роки може... Або може дійти до революції. Олігархи не хочуть допускати Митного союзу, тому що вони втратять фінансово, вони хочуть, щоб Україна була з Європою, бо тоді у них є можливість торгувати, а з Росією... Початково їм дадуть таку можливість, а потім їх...

Вклад діаспори у відродження держави

[Українці] на Заході сприйняли це [відродження державності України] з дуже великим ентузіазмом. А ще з більшим ентузіазмом сприйняли Помаранчеву революцію. Але Ющенко виявився заслабким, не на своєму місці. Він проголосив дуже добре – всіх за ґрати, усі будуть покарані, а через місяць підписав з Януковичем угоду про те, що не буде карати всіх олігархів. Що буде далі?.. Він тепер не має жодних шансів, я взагалі не знаю що він буде далі робити. Зараз є Наливайченко, але Ющенко не захоче, щоб він очолював Нашу Україну, а тільки він, Ющенко. Ця партія не має шансів... Хочуть зробити [виборчий ценз] 5%, але вони [Наша Україна] навіть того не візьмуть, вони 3% не візьмуть. Я вважаю, що до влади має прийти хтось з цілком сторонніх людей. Можливо, Брюховецький ще б міг викликати довіру людей. Тільки він не хоче, я з ним особисто говорив. А всі, хто був при владі, вони не мають шансів, люди не будуть їх вибирати. Ні Яценюк, ні Тигипко, ні Тимошенко, ні Ющенко. Я ще оцінюю Гриценко, він ще трохи міг би... Коли він був військовим міністром, робив свою справу дуже добре.

Ну, але ви [українці] в Польщі також маєте проблему. Поляки вас там трохи... Зараз вже трошки є відлига. Я знаю, як стояли справи в Польщі. Я переписувався з оо. Василіянами, а також з о. Деньком. Коли Німеччина за дурно дозволила відправляти до Польщі посилки, пакети з харчами чи одягом, тоді ми з Червоного Хреста відправили понад 200 пакетів, бідним студентам. Так що я знаю... Тим більше, що моя дружина 10 років жила в Кракові, під іншим прізвищем. Там кожного українця вважали «бандерівцем», тоді «українець» означало «бандерівець», іншого значення не було, тому що українці... Їм, так само, багато завдячуємо...




Мюнхен, 19.07.2011 р.

Мовне оформлення Катерини Бедричук, запис відео – Роман Крик



WERSJA W J.ANGIELSKIM
do góry ↑

 
do góry ↑
VIDEO



 
do góry ↑
Fotografie
„Kliknij” na miniaturke by zobaczyc zdjęcia w galerii.



 
do góry ↑
Pliki


Na tę chwilę brak jest w bazie plików powiązanych z niniejszym artykułem.





















„Człowiek pozbawiony korzeni, staje się tułaczem...”
„Людина, яку позбавили коренів стає світовим вигнанцем...”
„A person, who has had their roots taken away, becomes a banished exile...”

Home   |   FUNDACJIA   |   PROJEKTY   |   Z ŻYCIA FUNDACJI   |   PUBLICYSTYKA   |   NOWOŚCI   |   WSPARCIE   |   KONTAKT
Fundacja Losy Niezapomniane. Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2009 - 2018

stat4u

Liczba odwiedzin:
Число заходжень:
762 707
Dziś:
Днесь:
141